2 lip 2012

2. Bal nad bale


(opublikowano dnia 04.03.2011) 


Lily przerzucała zawartość kufrów i szafek. Była przekonana, że gdzieś tutaj powinno być to, czego szukała i z chwili na chwilę coraz bardziej była wściekła, nie mogąc tego znaleźć.
Parę minut temu Evansówna zeszła do Pokoju Wspólnego, aby zebrać z dywanu swoją biżuterię i wyrzucić skorupy po tej przeklętej szkatułce... Ale gdy spostrzegła, już w dormitorium,  brak swojego ulubionego wisiorka wróciła na dół i zajrzała w każdy zakamarek, pod każdy mebel i każdą szczelinę w podłodze, gdy nie pomogło jej nawet zaklęcie przywołujące. Nigdzie nie było śladu po srebrnym serduszku, które tak lubiła... Nie nosiła go w szkole, bo pod szkolnym mundurkiem, który zapinała zawsze pod samą szyję, i tak nie było go widać, ale w wakacje się z nim nie rozstawała.
Miała też zamiar założyć go na dzisiejszy bal, świetnie pasowałby do sukni. Poczuła niemiłe ukłucie, gdy przypominała sobie, z jakim podekscytowaniem szykowała się na tę uroczystość.  A gdy pomyślała o Severusie, z którym planowała iść, poza żalem odczuła też gniew. Tego wieczora zostanie w dormitorium.

***

Piąto- i siódmioroczni szumnie nazywali „balem” małe przyjęcie, które organizowano w Hogwarcie od raptem trzech czy czterech lat z okazji zakończenia SUMów i OWTUMów. W rzeczywistości było to małe przyjęcie, z okazji którego dyrektor i opiekunowie przymykali oko na ciszę nocną i otwierali przed uczniami na tę noc Wielką Salę i dziedziniec. Uczniowie lubili mieć sposobność do odświętnego ubrania się, zabawienia się razem… szczególnie siódmioroczni traktowali tę noc jako okazję do pożegnania się ze sobą. Zawsze na koniec strumieniami lały się łzy wzruszonych dziewcząt.
Czekający na Blankę u podstawy schodów Larry przyglądał się postaci przyjaciółki, nie kryjąc zdumienia. Dostojnym krokiem schodziła po schodach. Blanka nigdy nie należała do piękności, choć jej wygląd z pewnością mógł uchodzić za intrygujący. Miała egzotyczną urodę, ale przy tym bardzo ostrą, wręcz mało dziewczęcą. Zawsze chodziła w spodniach, włosy przeważnie wiązała w ciasny kucyk, biegała w ciężkich sznurowanych butach i z całym poświęceniem grała w quidditcha, według Larry’ego, na najcięższej pozycji. Dzisiaj wyglądała naprawdę wyjątkowo. Rozpuściła włosy i delikatnie je pofalowała. Miała na sobie ciemnoturkusową sukienkę na cienkich ramiączkach, z trójkątnym (dość głębokim, ale w granicach dobrego smaku) dekoltem, dopasowaną w talii. Kolor tkaniny w świetnym stylu kontrastował z opaloną skórą właścicielki.   A na stopach połyskiwały czarne lakierki na niebotycznie wysokich obcasach.
Młody Golden był pod wrażeniem. Wizerunek Blanki, którą znał do tej pory zupełnie nie pasował, do niesamowicie eleganckiej dziewczyny, która właśnie do niego podeszła.
- Matt, widzisz to samo co ja? – oniemiały zapytał przyjaciela, który stał obok niego i patrzył na Blankę z otwartą buzią.
- Cześć, chłopaki... – powiedziała uwodzicielsko, nieco zachrypniętym głosem, który można byłoby przypisać famme fatale.
- Eee... Co zrobiłaś z Blanką Hewson?
Roześmiała się serdecznie, a Larry, ku swojej uldze, rozpoznał śmiech tej zwykłej, znanej mu od lat Blanki.  
Dziewczyna wyczarowała jakiś skromny, prosty kwiat, dokładnie w takim kolorze jak jej suknia, i przypięła mu do butonierki.
- Idealnie! – powiedziała z uśmiechem, podziwiając swoje dzieło.
- Bardzo ładnie wyglądasz.
- Wiem – powiedziała bezceremonialnie i uśmiechnęła się. - Ty też wyglądasz całkiem jak człowiek.
To był moment, w którym powinien był powiedzieć jakiś żart, rzucić jakieś błyskotliwe hasło, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Pozostawała jedna opcja:
- Idziemy? – zapytał, podając jej ramię.
- A gdzie jest Amelia? – wtrącił Matt, pytając  Gryfonkę o swoją partnerkę.
- Jakiś dzieciak z Ravenclawu ją zagadał po drodze. Wiecie jaka ona jest: nie umie spławić nikogo od razu. Zaraz powinna tu być. To idziemy, tak? – zwróciła się do Larry’ego, zawieszając dłoń na jego ramieniu.
Larry jednak nie ruszył się z miejsca.
- Może poczekamy na Amelię i wejdziemy w czwórkę? – Spojrzał błagalnie na Blankę. Ona jako jedyna poza Matt’em wiedziała, co blondwłosy Krukon czuje do Szkotki.
Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, pod nosem warknęła coś w stylu „Dlaczego po prostu do niej nie zagadasz, tylko się tak czaisz?”, ale posłusznie stała obok, czekając na przybycie przyjaciółki. Ze znudzeniem zaczęła przyglądać się uczniom zgromadzonym przed komnatą, w której miała odbyć się zabawa.
Larry poszedł za jej przykładem.
Strojnie ubrani hogwartczycy rozmawiali i śmiali się głośno, tworząc niesamowity hałas. Część uczniów zadowoliła się mugolskimi ubraniami w eleganckim wydaniu, inni przyodziali się w prawdziwe szaty wyjściowe. Wkoło panowała atmosfera podekscytowania przesiąkniętego oczekiwaniem.
Jedni chłopcy dyskutowali o najnowszych modelach mioteł, drudzy, dyskretnie bądź nie, przypatrywali się koleżankom i zastanawiali się nad tym, jaki sposób na zaczęcie rozmowy będzie najlepszy i najbardziej owocny.
Dziewczęta z wypiekami na twarzy próbowały przekonać siebie nawzajem, że na pewno wyglądają koszmarnie, bo nie zdążyły przygotować się do balu (choć żaden ze starannie dobranych akcesoriów na to nie wskazywał). Każda z nich udawała skromną, w duchu będąc przekonaną, że to właśnie ona będzie miała dziś największe powodzenie.
Pod tym względem Blanka była wyjątkowa. Na komplementy odpowiadała słowem „Dzięki” bądź „Wiem”, a nie z kokieteryjnym uśmieszkiem oklepanym „No co ty, nie żartuj sobie ze mnie, mam takie wory pod oczami i wyglądam grubo...”
Szturchnęła Larry’ego w bok, wskazując mu brodą na schody i wtedy dostrzegł uśmiechniętą Amelię, która właśnie wkroczyła do Sali Wejściowej i przyciągając wzrok wszystkich uczniów płci męskiej, szła w ich kierunku.
Ona też wyglądała powalająco, z tą różnicą, że Amelia zachwycała wszystkich swoją urodą na co dzień. Nie było wątpliwości, że była najpiękniejszą dziewczyną w całej szkole. Przecinała salę wejściową w zielonej sukience, idealnie dopasowanej do zgrabnej, bardzo kobiecej sylwetki. Odwracało się za nią mnóstwo głów: chłopcy patrzyli na nią i jej zaokrąglone kształty z nieukrywanym podziwem i rozmarzeniem, dziewczyny natomiast przeważnie z zazdrością.
Była wyjątkowo piękna. Oliwkowa zieleń sukni świetnie pasowała do jej brązowo-złotych, lśniących włosów. Oszałamiała orzechowym spojrzeniem, a kręceniem bioder hipnotyzowała jak najlepszym wahadłem.
Larry nie miał wątpliwości co do tego, kto zostanie królową tego balu.
           
***

Severus stał w najciemniejszym kącie sali wejściowej.
Zaciskał blade i chude palce na marmurowej poręczy. Przygryzając wargi, starał się opanować napięcie. Miał wrażenie, że gdyby ktokolwiek teraz go zobaczył, odczytałby wszystkie jego emocje i myśli bez trudu. Miał rację. Jego ziemista cera wydawała się mieć jeszcze bardziej niezdrowy odcień, nie mógł powstrzymać drżenia ust.
Błagam cię, Lily, przyjdź! Przepraszam...  Proszę… – powtarzał w myślach, jakby było to wyjątkowo silne zaklęcie.
Niczego nie pragnął tak, jak ujrzeć teraz uśmiechniętą Lily w szacie wyjściowej, która podeszłaby do niego pewnym siebie krokiem. Tak bardzo chciał pojawić się z nią na tym balu! To Lily zaproponowała, żeby poszli razem. Severus zawsze był zdania, że gdyby jej znajomi się dowiedzieli o nich, popsułby jej reputację. Zawsze tak mówił. Ale mimo wszystko postanowili iść razem. Tak bardzo się z tego cieszył! Zniszczył wszystko jednym słowem...
Zobaczył jak Huncwoci zbiegają ze schodów i wpadają do sali wejściowej, robiąc przy tym dużo zamieszania i przyciągając zewsząd uwagę. Ślizgon poczuł obrzydzenie i nienawiść. Remus i Peter gdzieś się rozpłynęli, podczas gdy James pocałował jakąś dziewczynę i wszedł z nią za rękę do Wielkiej Sali, a Syriusz został przy grupce innych wystrojonych uczennic i samą swoją obecnością dostarczał im powodów do uciechy.
Severus poczuł ucisk w brzuchu, zdał sobie sprawę, że zaciska pięści. To wszystko przez nich! Ośmieszali go za każdym razem na oczach całej szkoły, ale to im nie wystarczyło! Musieli doprowadzić do kłótni z Lily…
W głowie mu huczało. Wiedział jedno: nigdy nie poczuje niczego tak silnego, jak nienawiść do tej dwójki.

 James, zanim wszedł do sali, w której miał odbyć się bal, obejrzał się przez ramię. Zerknął na Syriusza zagadywanego przez jakieś panienki. Potter uśmiechnął się do siebie na widok tych głupiutkich istotek. I  wtedy, kątem oka, dojrzał coś, co przykuło jego uwagę. Ponad głową przyjaciela połyskiwała wlepiona w niego para czarnych oczu. Wyraz tych oczu był nieprzenikniony i taki... groźny! Poczuł niemiły dreszcz. Nie widział twarzy tej osoby, bo skrywała się w cieniu, ale od razu rozpoznał to spojrzenie. Nikt inny nigdy nie patrzyłby na niego z takim wstrętem i nienawiścią. Ale tym razem w tych czarnych jak węgiel tęczówkach dojrzał jeszcze coś: żal. Przełknął głośno ślinę.
Zrozumiał, że nigdy nie zapomni tego spojrzenia.
- Jim, coś się stało? – Dziewczyna, z którą szedł, spojrzała w tym samym kierunku, co on. – Widzisz tam coś?
- Nie. Coś mi się przywidziało – stwierdził obserwując plecy chudej sylwetki ubranej na czarno, zbiegającej po chodach prowadzących z sali wejściowej do lochów.

***

Czerwcowe noce były ciepłe. Przepełnione wilgotnym, pobudzającym powietrzem i lekkim wiatrem. Mogły być wspaniałą porą na spacery we dwoje w świetle księżyca, mogły też być inspiracją i natchnieniem dla artystów. Dla jednych były najlepszym momentem na potajemne poznawanie nieprzemierzonego Hogwartu, a dla innych… były powodem do płaczu.
Bo jak tu się zachwycać pięknem czerwcowego zmierzchu, kiedy jest on kolejną bezsenną nocą wypełnioną nieprzyjaznymi myślami? Kiedy z chwili na chwilę człowiek czuje się coraz bardziej samotny pośród rechotu żab i rześkiego wiatru? Kiedy brakuje obok czyjejś ciepłej, przyjaznej dłoni, a zastępują ją myśli wypełnione samokrytyką i pragnieniem zmiany swojego życia, która wymaga od nas zbyt dużo odwagi? Kiedy nie mamy sił na zmiany, ale jednocześnie czujemy, że bez nich sami się wyniszczamy?
- Lily, a ty nie na balu? - rozległo się po niemal opustoszałym Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Ruda osóbka schodząca ze schodów, usłyszawszy te słowa, wystraszyła się i prawie zleciała z ostatnich stopni.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem... – powiedział ktoś, podtrzymując ją.
- Nie myślałam, że ktokolwiek tu jeszcze będzie...
Jedynym źródłem światła w całym pomieszczeniu był wygasający ogień w kominku. Lily zmrużyła oczy, aby lepiej przyjrzeć się zacienionej postaci. Uśmiechnęła się delikatnie rozpoznawszy twarz Franka Longbottoma – prefekta szkoły.
Sam powinien bawić się najlepsze, ale Lily wiedziała, że chłopak ma żałobę po ojcu.
- Dlaczego nie poszłaś? – zapytał troskliwie. – Stało się coś?
- Hm... posprzeczałam się z osobą, z którą miałam iść i tak jakoś wyszło... – po głosie zielonookiej było słychać, że niedawno płakała.
- Chcesz porozmawiać?
Lily westchnęła. Nareszcie natrafiła na dojrzałą osobę godną zaufania. Frank był najcudowniejszym chłopakiem, jakiego znała. Najbardziej troskliwym i opiekuńczym. W końcu może się komuś wyżalić.
Usiedli na ogromnej kanapie przed kominkiem, do którego dorzucili trochę drewna, a potem słowa popłynęły już same.

***


Mimo tego, że było grubo po północy, w dużej komnacie tuż obok Wielkiej Sali aż roiło się od uczniów. Przy ścianach porozstawiane były okrągłe stoliki z poczęstunkiem, a środek pomieszczenia zamienił się w parkiet. W miejscu gdzie w klasach zazwyczaj stała katedra dla nauczycieli, teraz stał ogromny gramofon i kilka dziwnie wyglądających drobnych instrumentów, które same grały.
Przyjaciele z piątego roku zaśmiewali się w głos, obserwując Syriusza tańczącego z profesor McGonagall. Kobieta z przerażoną miną i wypiekami na twarzy próbowała nadążyć za bardzo szybkimi i rytmicznymi krokami ucznia, dla którego taniec najwyraźniej był żywiołem. Utwór powoli się kończył, co przynosiło czarownicy niemałą ulgę. Nie, żeby nie lubiła tańczyć czy nie przepadała za swoim uczniem, Blackiem, ale jednak kilka minut poważnego obawiania się o swoje zdrowie, a nawet życie, dostarczyło jej zbyt dużo adrenaliny naraz.
- A ja wciąż nie mogę w to uwierzyć! – Tatiana uśmiechnęła się przebiegle, gdy piosenka dobiegła końca, a do niej, Pottera i Blanki wrócił Syriusz, który profesor McGonagall doprowadził do szkarłatnoczerwonych rumieńców (choć fakt faktem, że chyba nieco pomógł mu w tym tajemniczy napój, którego nie było na uczniowskich stolikach, a zagościł na stole opiekunów) i nieomal do palpitacji serca.
Tatiana w swojej bardzo dziewczęcej szacie wyjściowej w kolorze różu usilnie próbowała wskoczyć Blackowi na barana.
– Wielki Syriusz Black przyszedł na bal z okazji zakończenia egzaminów zupełnie sam? – kontynuowała.
- Postanowiłem przyjąć rolę wolnego strzelca – uśmiechnął się łobuzersko. – Patrz, tu się aż roi od pięknych dziewczyn, które przyszły same...
- Zwierzyny dużo, ale chyba brakuje ci strzał, co? – Blanka uniosła wysoko brwi i spojrzała przebiegle na Gryfona.
- Moimi strzałami są olśniewający uśmiech, błyskotliwe poczucie humoru i w ogóle wrodzony urok osobisty.
Zatrzepotał rzęsami. Tatiana parsknęła śmiechem, Blanka, po raz kolejny, z politowaniem uniosła brwi i tylko James zdawał się nie słyszeć rozmowy przyjaciół. Całe dzisiejsze popołudnie był dziwnie wyobcowany i zmarkotniały.
Patrzył smętnie w tylko sobie znany punkt. Syriusz dostrzegł nietęgą minę przyjaciela kątem oka. Znał go jak nikt inny i bez problemu wyczytał z jego twarzy, że chciał mieć przez chwilę spokój.
- A Larry gdzie polazł? – zapytał Łapa Blankę.
- Przypudrować nosek – zażartowała wskazując brodą w kierunku wyjścia.
- To chodź, zatańczymy. Grają moją ulubioną piosenkę – powiedział, wstając i wyciągając do niej dłoń, gdy rozbrzmiały pierwsze sekundy jakiegoś bardzo żywiołowego, rock’n rollowego utworu.
Już po chwili wirowali ze śmiechem po parkiecie w rytm skocznej piosenki, tak brawurowo, że wszyscy w obawie o swoje zdrowie ustępowali im miejsca na parkiecie.

Okularnik jednak nie zdążył nawet się zorientować, że, tak jak chciał, pozostał sam (Tatiana w swoim stylu zapadła się pod ziemię), gdy wróciła jego partnerka, która niedawno została porwana do tańca przez jakiegoś przystojnego Ślizgona. Nie miał ochoty teraz z kimkolwiek rozmawiać ani, tym bardziej, tańczyć. Choć przez chwilę chciał pobyć sam. Cały dzisiejszy dzień mógł zaliczyć do jednych z najbardziej koszmarnych w swoim życiu. Czuł, że eksploduje, jeżeli chociaż na chwilę nie odpocznie w samotności od udawania, że wszystko jest w porządku.
- Hm, Julio... – zaczął mówić do dziewczyny, ale ta mu nagle przerwała.
- Nie jestem żadna Julia, mam na imię Lidia! – wrzasnęła oburzona.
- Tak, wiem – skłamał.- Przepraszam cię bardzo... Język zaczyna mi się plątać... Chciałem tylko powiedzieć, że muszę się trochę przewietrzyć. Przepraszam jeszcze raz. Za dziesięć minut jestem znowu…
Jak mogłeś zapomnieć jak ma na imię, idioto? Aby ją udobruchać, cmoknął ją w policzek i ruszył ku wyjściu. Przynajmniej nie powiedziałeś do niej „Lily”.

***

Gdy tylko rudowłosa osóbka usłyszała skrzypnięcie zamykanych drzwi do dormitorium, w którym mieszkał Frank, wstała. Budząc Grubą Damę, wyszła na zimny korytarz, po którym niosło się ciche echo muzyki.
Po rozmowie z tak dobrze znanym jej prefektem czuła się o wiele lżej. Nie miała zamiaru już płakać, czuła się dużo silniejsza.
Zeszła do Sali Wejściowej. Dostrzegła, że dziedziniec jest otwarty, ruszyła więc w tamtym kierunku. Usiadła na jednej z ławek i rozejrzała się. Oddychając głęboko, w blasku księżyca oraz w światłach wydostających się przez okiennice Hogwartu dostrzegła grupę Puchonów rozmawiających o czymś żywo gestykulując, pojedynczych uczniów, którzy najwyraźniej tak jak ona, potrzebowali nieco świeżego powietrza, oraz  dwóch nauczycieli pykających fajki.
Z rozkoszą wdychała świeże powietrze. Usłyszała szelest i zobaczyła, że na ławce obok niej wylądowała maleńka sówka. Do nóżki miała przywiązaną karteczkę, odwiązała liścik, a sówka natychmiastowo odleciała.
Lily długo wpatrywała się w kartkę, zanim w ciemnościach zdołała odczytać słowa na niej zapisane.

Spotkajmy się za pięć minut w pustej klasie obok sali eliksirów.

Żadnego podpisu. Nic, tylko to jedno zdanie. Pismo było drobne i dziwnie znajome.  Na początku miała wrażenie, że to pismo Severusa, ale później stwierdziła, że litery są zbyt czytelne na pismo, od paru godzin już byłego, przyjaciela.

***

James wychodził z Wielkiej Sali, mając zamiar skierować się na dziedziniec, gdy kątem oka dostrzegł, jakże znajomą, rudą dziewczynę schodzącą do lochów.
Zawahał się chwilę. Nie mógł oprzeć się ciekawości!

***

Minęła salę profesora Slughorna, zatrzymała się przy kolejnych drzwiach. Były delikatnie uchylone, pchnęła je, a zawiasy głośno zaskrzypiały. Po lochach rozniosło się echo. Gdy weszła  do środka, zaatakowała ją wszechogarniająca ciemność. Zakołowało jej się w głowie, nie widziała zupełnie nic. Zamrugała kilkakrotnie oczami, a te powoli zaczęły przyzwyczajać się do braku światła. Klasa skąpana w czerni nabierała coraz wyraźniejszych kształtów.
Nikt nie przyszedł  – pomyślała, nie dostrzegając żadnej osoby. Mimo to miała dziwne wrażenie, że nie była sama w tym pomieszczeniu. Dla pewności zapytała:
- Jest tu kto?
Nie padła żadna odpowiedź. Odwróciła się na pięcie i już naciskała klamkę, aby wyjść, kiedy poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Krzyknęła przestraszona, oglądając się za siebie.
- Lily – zaczęła osoba, która ją zatrzymała, a dziewczyna w roztrzęsionym i bardzo nieśmiałym głosie rozpoznała Snape’a. – Ja... ja nie wiem co mam powiedzieć... Dziękuję, że przyszłaś.
- Puść mnie – warknęła.
Severus nie posłuchał, więc sama wyszarpnęła dłoń z jego uchwytu.
- Lily. Czy... – chłopak chciał o coś zapytać, ale Evansówna mu przerwała.
- To było twoje pismo? – zapytała szorstko, zupełnie lekceważąc próby Severusa w przeproszeniu jej. – Masz inne.
Chłopak westchnął cicho.
- Tak. Pisałem to jedno zdanie przez dziesięć minut... – wymamrotał i uśmiechnął się bardzo nieśmiało, ale kiedy spostrzegł, że Lily ma zaciętą minę, a jej zazwyczaj wesoło błyszczące oczy teraz patrzyły na niego wrogo, uśmiech spełzł mu z ust. Zgarbił się jeszcze bardziej, chciał jej cos powiedzieć, przeprosić ją jakoś... Ale bał się, że powie coś nieodpowiedniego i dziewczyna całkowicie go skreśli.
Nie wiedział, że niecałe pół godziny temu, siedząca w pokoju wspólnym Gryfonów, ta rudowłosa dziewczyna już go skreśliła. Zrobiła to definitywnie i nieodwracalnie.
Panna Evans znów odwróciła się w kierunku drzwi, chcąc wyjść, ale i tym razem jej towarzysz okazał się szybszy. Złapał ją za ramiona i przyparł do ściany. Nawet nie wiedziała, że ma tyle siły.
- Lily, błagam cię, nie rób mi tego! Zrobię wszystko, czego tylko chcesz! – szeptał błagalnie. – Przecież wiesz, że... że cię kocham... – dokończył z naciskiem, czarne oczy błysnęły czymś, co wskazywało na słabość, a może nawet na wzruszenie. Może to były łzy?

***

James biegiem pokonywał plątaninę korytarzy w lochach, kierując się ku górze, z której dochodziły przytłumione dźwięki jakiejś żywej piosenki.
Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą słyszał. Czuł gorąco na twarzy i ucisk w gardle. Podniósł rękę, chcąc poluzować krawat, kiedy przypomniał sobie, że przecież zostawił go przy stoliku w Wielkiej Sali. Co w takim razie przeszkadzało mu swobodnie oddychać? Dławiło go nieznane mu do tej pory uczucie. Mieszanina wściekłości, poczucia winy i... wstydu.
W jednym momencie zrozumiał, dlaczego Lily zawsze broniła Severusa i innych Ślizgonów przed jego kpinami, mimo że wszyscy inni zgodnie zaśmiewali się do rozpuku. Wtedy myślał, że robi to z przekory, żeby mu dokuczyć. I stawał się coraz pewniejszy siebie w jej towarzystwie, bo przecież kiedy dziewczyna robi na przekór chłopakowi, kiedy chce się z nim droczyć, to chyba jest w nim zakochana, prawda? PRAWDA?!
Zatrzymał się. Oparł czoło o zimną ścianę lochów. Miał wrażenie, że w czaszce bulgocze mu lawa. Nie mógł pojąć, jak mógł być tak głupi!
Przypomniał sobie, jak Tatiana twierdziła, że zgubiła się w Hogwarcie, a szukając drogi powrotnej, weszła do jakiejś ogromnej, ale nieczynnej od dawna toalety. Twierdziła, że widziała Lily i Severusa jak siedzieli tam razem nad jakimiś książkami, śmiejąc się w głos. „No mówię wam! Tacy byli sobą zajęci, że nawet nie zauważyli jak weszłam.” Nie uwierzył jej wtedy.
Czyli już od dawna się razem spotykali – myślał uderzając czołem w zimne mury zamku. – A ty nic nie zauważyłeś! Nic nie zrozumiałeś!

***

  W ciemnej, pustej klasie w lochach na parapecie siedział samotnie pewien chłopiec. Jego zaczerwienione od usilnie powstrzymywanych łez oczy wpatrywały się smutno w gwieździste niebo. Wciąż piekła go twarz, po tym jak spoliczkowała go pewna dziewczyna. Odcisnęła na jego skórze wszystkie pierścionki.
Pomasował się po obolałej części twarzy.
- Dobrze ci tak – wyszeptał do swojego odbicia w szybie. – Nie mogłeś się powstrzymać? Musiałeś ją znów pocałować?



3 komentarze:

Dziękując za uwagę i poświęcony czas, nieśmiało pragnę dodać, że będę bardzo wdzięczna za każdą szczerą opinię czy choćby znak zainteresowania pozostawiony na blogu ;)
Layout by Yassmine