22 sie 2015

23. Król pik

  


Tatiana ocknęła się wczesnym porankiem, gdy na zewnątrz było jeszcze zupełnie ciemno. Zsunęła bose stopy na podłogę. Na łóżkach obok wciąż pogrążone w głębokim śnie leżały jej współlokatorki. Najbliżej spała Septima, jej szczupła wysoka sylwetka i czarne fale włosów wyraźnie odznaczały się w jasnej pościeli nawet w ciemności. Tatiana zawsze zazdrościła jej figury. Dalej pochrapywała Felicja, naiwna, ale bardzo sympatyczna mugolaczka. Łatwo było ją nabrać i wmówić jakiś wymyślony czarodziejski zwyczaj, a niczego nieświadoma Gordon szybko łapała haczyk, z czego skrzętnie korzystali swego czasu Huncwoci i prawili jej niezbyt mądre psikusy. Nigdy nie boczyła się na nich specjalnie długo, ale zdecydowanie ograniczyła już swoje zaufanie do rówieśników z Gryffindoru. Naprzeciw Felicji na brzuchu drzemała Izabela Belmont, najmniej lubiana przez Tatianę Krukonka. Zwyczajnie złośliwa i zarozumiała kujonka. Kiedy już zdarzyło jej się wychylić spoza książek, to zazwyczaj po to, by coś wytknąć Tatianie lub ją upomnieć.
Najdalej znajdowała się Brenna, przybrana siostra Bairre Moran, o której Domogarow bez zawahania mogła powiedzieć, że była najlepszą zawodniczką w drużynie Krukonów, jaką miała okazję oglądać przez sześć lat pobytu w Hogwarcie. Brenna natomiast nie wykazywała choćby najmniejszego zainteresowania grą, za to była piekielnie uzdolnioną uczennicą, do tego ambitną i zawziętą osobą. Charakterem przypominała nieco Blankę, choć bez wątpienia Brenna była prawdziwą Krukonką z krwi i kości. Powiedziała kiedyś Tatianie, że jej imię oznacza w języku celtyckim „kruka” i „kruczowłosą” zaś nazwisko Cahan to określenie bitwy lub wojowniczki. Dziewczyna spała niespokojnie, co rusz przekręcając się z boku na bok. Jej czarne krótkie włosy falowały przy każdym ruchu.
Może walczy przez sen – uśmiechnęła się do swoich myśli Tatiana i przemknęła cicho koło łóżek dziewcząt, kierując się w stronę okna. Delikatnie uchyliła ciężką granatową zasłonę i aż stęknęła z niezadowolenia. Na zewnątrz, mimo ewidentnej kalendarzowej wiosny, szalała wichura niosąca ze sobą deszcz i śnieg, który natychmiast topniał i zamieniał błonia Hogwartu w bagna. W perspektywie takiej pogody ciężko było jej się cieszyć z dzisiejszego treningu. Zrezygnowana narzuciła na siebie różowy puchowy szlafrok i zeszła cicho do łazienek.
Po paru minutach stała naga i mokra przed zaparowanym lustrem. Przetarła je dłonią i przyjrzała się sobie. Znowu przytyła. Miała co prawda drobną buzię i szczupłe ramiona, przy tym niemal kompletny brak biustu, ale wszystko nadrabiała puszystością pupy i krótkich nóżek. Nienawidziła swojej niskiej i pyzowatej sylwetki. To pewnie przez nią wciąż nie potrafiła zainteresować sobą żadnego chłopaka.
Odganiając od siebie myśli, którym nie lubiła ulegać, osuszyła zaklęciem włosy i pospiesznie się ubrała. Przechodząc przez pokój wspólny, przypominający raczej zamkową jadalnię, zarejestrowała kątem oka burzę rudych loków należących do Bairre. Dziewczyna siedziała przy stole, przeglądając jakąś książkę i sporządzając notatki. Najwyraźniej nie chciała zostawać intelektualnie w tyle za starszą siostrą. Wtedy odezwała się krukońska część Tatiany i sprawiła, że zrobiło jej się trochę wstyd. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio przyłożyła się do nauki. Przy stole po przekątnej od Bairre siedziała także Pince, znana wszystkim Krukonom dziwaczka z siódmego roku. Ciężko było spotkać ją w Pokoju Wspólnym, zazwyczaj przesiadywała w bibliotece bądź zaszywała się w dormitorium. Jej starsza siostra z Hufflepuffu była kiedyś wspaniałą ścigającą i kapitanką Puchonów, zaś młodsza Pince z Ravencalwu, cóż, uznawana była po prostu za dziwoląga. Notowała coś zawzięcie w czarnym notesiku, nie zwracając uwagi ani na Moran ani na Tatianę.
Tatiana pomachała z daleka Bairre i obiecując sobie, ze po treningu odrobi pracę dla McGonagall, skierowała się w stronę dormitoriów chłopców. Zatrzymała się przed drzwiami z tabliczką głoszącą wszem i wobec, że stoi przed sypialnią szóstego roku.
Nie miała co ze sobą zrobić, nie umiała sobie tego dnia znaleźć miejsca. Własne łóżko postawiło ją na nogi głupimi snami mimo tak bestialsko wczesnej pory. Najlepszą opcją wydawała jej się więc wizyta u Matt’a. Nie chciała jednak budzić chłopców i tylko delikatnie zachrobotała paznokciami w drzwi, bez większych nadziei, że ktoś jej utworzy. Ku swemu zdziwieniu usłyszała chrzęst zamka i w drzwiach stanął Andy, pałkarz Kurkonów.
– Nie śpisz już? – zapytała zaskoczona, widząc, że jest całkowicie ubrany i rozbudzony.
– Chciałem powtórzyć zaklęcia dla Flitwicka, bo po treningu już pewnie nie będę miał do tego siły.
Zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio.
– A Matt?
– Chłopaki jeszcze śpią – dodał, ale mimo to wpuścił ją do środka, sam zaś wyszedł, żegnając ją uśmiechem.
Minęła łóżko Larry’ego, którego ogromne owłosione stopy wystawały poza materac. Chrapał, wcale nie tak cicho. Było jeszcze sporo czasu do śniadania i blondyn spokojnie odsypiał kolejną zarwaną na naukę noc.
Stąpając cicho, Tatiana podeszła do łóżka śpiącego na brzuchu Mullena i nachyliła się nad brązowymi, sterczącymi we wszystkie strony lokami chłopaka.
– Matt – szepnęła, dotykając jego ramienia.
To wystarczyło, miał lekki sen. Przewrócił się na plecy, spoglądając na nią nieprzytomnie spod gąszczu brązowych loków i brwi. Dla Tatiany zawsze był uroczym brzydalem. Podrapał się po orlim nosie, mrucząc ciche „hmm” zakończone znakiem zapytania.
– Smutno mi jakoś – odmruknęła, choć było jej głupio, że przerywa mu sen z tak błahego powodu.
Chłopak uśmiechnął się dobrotliwie spod półprzymkniętych powiek i posunął się na bok, robiąc miejsce na materacu.
– Chodź tu, waćpanno.
Przytulił ją, gdy położyła się obok niego i powoli znów zaczął zasypiać.
To jej wystarczyło. Nie chciała rozmawiać, żaden chłopak nie zrozumiałby głupich wahań nastroju typowych dla dziewcząt, ale za to objęcia zawsze miały uspokajającą i pozytywną moc. Wtulając się w jego szarą piżamę i wsłuchując w głęboki spokojny oddech, sama zaczęła odpływać w sen.

***

Matt siedział ze spuszczoną głową, krzyżując ręce na piersi. W zamyśleniu obgryzał dolną wargę, patrząc tępo w posadzkę. Nawet nie trudził się, by wyłapywać choćby co dziesiąte słowo profesora Binnsa. Lekcja dopiero co się zaczęła i jego wypowiedź i tak ginęła w szumie powodowanym przez krzątającą się garstkę studentów. Tylko nieliczni zdecydowali się na kontynuację historii magii i w zdecydowanej większości byli to ci, którzy, nawet nie siląc się na słuchanie ducha profesora, dobrze orientowali się w dziejach czarodziejów i liczyli na łatwe zdanie dodatkowego owutema.
Drzwi do sali otworzyły się i do środka bezszelestnie wślizgnęła się spóźniona Blanka. Wymierzyła pstryka w ucho Tatianie siedzącej przy drzwiach, między Remusem a Brenną, i zginając się w pół, aby za bardzo nie rzucać się w oczy, dotarła do swojej ławki, którą dzieliła z Matt’em. Na powitanie wbili sobie po kuksańcu. Blanka wyjęła z torby jabłko, najwyraźniej pełniącego funkcję śniadania, na które zaspała. Z roztrzepanymi włosami i okropnie podpuchniętymi oczami wyglądała, jakby dopiero co wstała z łóżka, jednak w końcu wydawała się być w lepszym humorze niż ostatnimi czasy. Szkoda, że Matt będzie zmuszony zaraz go jej popsuć.
Ale nie musiał się nawet odzywać. Wystarczyło, że na niego spojrzała z wypchaną buzią, trąc knykciami ropę z oka, i już wiedziała, że coś jest nie tak.
–  Coo? – wydusiła z trudem, przegryzając wielki kęs jabłka.
–  Nie czytałaś dzisiaj prasy, prawda? – zapytał, choć odpowiedź była oczywista.
Pokręciła przecząco głową.
Podał jej Proroka, starając się nie mieć przy tym miny bardziej zbolałej niż to konieczne. Porwała mu gazetę z rąk i zaczęła czytać. Nie musiała szczególnie długo szukać interesującego ich artykułu, już okładka obwieszczała wszystko wszem i wobec wielkimi tłustymi literami.
Od zawsze na historii magii zajmowali się rozwiązywaniem coraz to bardziej złożonych krzyżówek i łamigłówek. Kiedyś nawet dla zabawy opracowywali swój własny system szyfrowania. Ostatnio porzucili to zajęcie na rzecz dyskutowania o sytuacji w świecie czarodziejów. Pozornie nic wielkiego się nie działo. Jednak niektóre wypadki były naprawdę zastanawiające. Jak to zniknięcie i późniejsze samobójstwo O’Connora. Albo zaginięcie ojca Rachel White, który również był znaczącą postacią wśród dyplomatów Ministerstwa. Mówiono, że uciekł z kochanką, ale rodzina nie chciała dać temu wiary. Przez pewien czas miał wrażenie, że Blanka na siłę próbuje połączyć ze sobą wszystkie dziwne wydarzenia, że uparła się, aby znaleźć we wszystkim wspólny wątek. I choć czasem to, co mu konspiracyjnym szeptem mówiła, brzmiało sensownie, to i tak nie chciał dać się zwariować i sądził, że większość wydarzeń należałoby potraktować jako przykry zbieg okoliczności. Jednak ostatnio uderzyła go różnica, jaką odnotował między gazetami mugolskimi, które wciąż śledził, a czarodziejskimi. Prorok na poważniejsze tematy schodził jedynie wtedy, gdy zaginął ktoś znaczący, jak w przypadku O’Connora. Natomiast prasa Wielkiej Brytanii co rusz informowała o jakichś dziwnych, niewyjaśnionych wypadkach. A to o jakichś nieoczekiwanych, wyjątkowo gwałtownych i niszczycielskich chwilowych podmuchach wiatru przechodzących przez uliczkę, która de facto znajdowała się w okolicach Dziurawego Kotła, a to o kolejnym zniknięciu jakiejś samotnej ekscentrycznej staruszki albo o zawaleniu się ni stąd ni zowąd sklepiku, którego konstrukcji nie można było nic zarzucić. Prasa niemagiczna długo rozdmuchiwała temat jego podpalonego sierocińca, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na przyczynę pożaru. A Prorok wtedy jedynie raczył poinformować w średnio rzetelnym artykule o zaistniałym incydencie i zajął się natychmiast rozgrywkami Ligi Quidditcha oraz koncertem słynnej wokalistki.
Matt pamiętał doskonale kolorowe wiadomości w małych telewizorkach, w których długo mówili o laserowych smugach, które przecięły pewnej pochmurnej nocy powietrze na obrzeżach Londynu, twierdząc, że mogły to być dowody na istnienie UFO. Wtedy przejął się także i Prorok. Trąbili głośno o pojawieniu się złowieszczego symbolu czaszki z wężem nad zgliszczami domu starej czarownicy. Pojawił się również wywiad z kobietą, która twierdziła, że identyczny znak widziała w miejscu wypadku, w którym zginął jej brat. Prasa nazwała wtedy ów symbol Mrocznym Znakiem. Matt naprawdę się wtedy bał. A potem temat nieoczekiwanie ucichł… jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. W międzyczasie słyszało się o zaginięciach czy dziwnych wypadkach, ale Prorok nie podawał żadnych informacji, więc te pogłoski pozostawały jedynie w sferze plotek.
Aż do dzisiaj. Dziś rano dziennikarka Margery Fenwick przyprawiła o gęsią skórkę wielu czarodziejów swoim artykułem traktującym o wydarzeniach z ostatniej doby. Jednej nocy pojawiły się na niebie aż dwie zielone czaszki. Jedna nad domem młodego pomocnika Wizengamotu, a druga nad chatką, której właścicielka wciąż miała nieustaloną tożsamość. W obu przypadkach w środku znaleziono martwych lokatorów. W sumie trzy ciała. I dwa te przeklęte Znaki. Matt nie chciał myśleć, co to wszystko może oznaczać.
Blanka skończyła czytać, wyprostowała się i spojrzała na przyjaciela. Miała zaciętą minę, choć, Matt mógłby przysiąc, dostrzegł w jej oczach iskierkę strachu. Wszyscy, którzy tylko mieli dzisiaj czas zajrzeć do prasy, byli wystraszeni i zdezorientowani. A ci, którzy nie mieli wcześniej na to czasu i dopiero nadrabiali zaległości w najświeższych informacjach, jak Blanka, reagowali podobnie. Śniadanie w Wielkiej Sali przebiegło w ponurym szmerze. Ciężko mówić o całkowitej ciszy, ale z pewnością wystraszone szepty nie należały do codziennej gadaniny, jaka towarzyszyła szykującym się na lekcje uczniom.
Gryfonka westchnęła dziwnie i przekartkowała dalsze strony.
– Dwa Mroczne Znaki dziś w nocy i jeden ponad pół roku temu. W sumie trzy wypadki… – zaczęła mówić, jednak Matt wpadł jej w słowo:
– Trzy, o których wiadomo, Blanka. Była kiedyś mowa o domniemanym pojawieniu się tego cholerstwa, ale nie było żadnych dowodów poza zeznaniami jednej kobiety. Pamiętam, jak dziś.
– Właśnie do tego zmierzam – szepnęła. – Trzy, o których mamy pewność i czwarty, o którym mówiono. Jak myślisz… – zaczęła, ale uciszył ją, uniesieniem ręki.
Nawet nie chciał myśleć o tym, ile znaków pojawiło się w rzeczywistości.
Za bardzo bał się tego, co będzie, jeśli okaże się, że parę dni temu Blanka miała rację i że będzie coraz gorzej? Kiedyś jej słowa przypominały mu przepowiednie starej wróżki z Pokątnej, która zwykła wypowiadać na głos swoje katastroficzne wizje niezależnie od tego, czy ktoś jej słuchał czy nie. Trochę się wtedy podśmiewywał z czarnowidztwa Gryfonki, teraz jednak nie było mu już tak od śmiechu. Rozejrzał się po klasie, a jego wzrok zatrzymał się na dłużej na Tatianie, która również patrzyła przed siebie jakoś smętnie. Ich spojrzenia skrzyżowały się, kiedy podniosła na niego swoje wielkie fiołkowe oczy.
I nie było w nich ani iskierki z tego ciepła i optymizmu, które zawsze tak poprawiały mu humor i dodawały otuchy.

***

– Jeszcze raz! – zażądała Rosmerta.
Syriusz uśmiechnął się pod nosem, po raz czarty ułożył w dłoniach trzy karty, pokazując je barmance, po czym szybkimi ruchami rozłożył je na barze. Spojrzał na nią pytająco.
– Ta – oznajmiła, nieznoszącym sprzeciwu tonem, wskazując na kartę leżącą po środku.
Syriusz z pokerową twarzą posłusznie ją odsłonił. Dziewiątka trefl. Uśmiechnął się cwaniacko, wskazując na lewą kartę, którą okazał się być poszukiwany przez Rosmertę król pik.
Dziewczyna z poirytowaniem chlasnęła otwartą dłonią w blat. Nie umknął syriuszowej uwadze fakt, że jej obfity biust cudownie przy tym ruchu zafalował.
– To co, chyba wygrałem jakieś piwo? – zapytał unosząc brew i uśmiechając się półgębkiem. Posłała mu spod rzęs na poły obrażone na poły zadziorne spojrzenie i odeszła do czekających na nią przy ladzie klientów. Syriusz odchylił się na wysokim barowym krześle do tyłu, tasując karty i uważnie przyglądając się barmance.
Wyrwanie się do Hogsmeade było chyba najlepszym pomysłem co najmniej od tygodnia. Dość miał już siedzenia w zamku, gdzie ostatnio nie dogadywał się z nikim. Dziś rano pochlał się nawet z Jamesem. Z Blanką już od kilku dni byli na siebie poobrażani i w sumie nie wiadomo było kto na kogo bardziej. Tęsknił nieco za jej towarzystwem, jednocześnie będąc zbyt dumnym i zbyt złym na nią i jej chłopaka, żeby zdobyć się na normalną rozmowę. Dlatego już dwa razy towarzyszył jej w nocy jako pies, kiedy dostrzegał na mapie osamotnione nazwisko Hewson w Pokoju Wspólnym. Dobrze było leżeć obok z łbem na blankowych kolanach i być głaskanym przez jej szorstkie dłonie. Jako Wąchacz miał u niej nieporównywalnie większe przywileje od Syriusza. Miał ubaw z jej dziecinnej radochy, kiedy podawał jej łapę lub wykonywał jej komendy, by za drugim razem zrobić kompletnie na przekór. Zastanawiał się, jak długo to jeszcze potrwa, zanim dogada się z przyjaciółką w swojej codziennej postaci.
Do tego Angelina boczyła się na niego za urodziny, o których po prawdzie zapomniał. Choć między Merlinem a prawdą, nie miało to dla niego większego znaczenia. Ta śliczna dziewczyna obchodziła go tyle, co zeszłoroczny śnieg i doskonale wiedział, że jest to obustronny układ. Między nimi nie było chyba żadnej więzi. Nie potrafił być o nią nawet w najmniejszym stopniu zazdrosny. W poważaniu miał to, ilu chłopaków oglądało się za tą urodziwą Mulatką. Jeśli któregoś z nich by na czymś przyłapał, to potraktowałby go urokiem albo obił gębę dla czystej przyjemności, a nie z zazdrości. Angelina też nie żywiła do niego żadnych głębszych uczuć, tego był pewien. Chyba nawet nie potrafiłby ich nazwać parą. Podobali się sobie fizycznie. I tyle. Spotykali, by razem zabić nudę i znaleźć odrobinę przyjemności. Ślizgonka była inteligentną dziewczyną, ale wspólny język odnajdywali jedynie dosłownie, natomiast metaforyczny sens pozostawał niezmiennie nieosiągalny. Ale mimo to, jej fochy wcale nie poprawiały mu humoru.
Na domiar złego powietrze zelektryzowało pojawianie się w zamku jego niedoszłej narzeczonej, narzuconej mu przez rodziców wybranki. Była kobietą niesamowitą i tak magnetyczną, że na jej widok zjeżył mu się włos na karku. Głowił się przez większość czasu, co do cholery, ta kobieta robiła w Hogwarcie. Nie podobało mu się to spotkanie, gdyby tylko mógł, wolałby go uniknąć. Słyszał niejednokrotnie od Andromedy, o tym, że Dorcas jest bardzo wpływową i piekielnie uzdolnioną czarownicą, widział ją nawet na paru fotografiach, ale jego wyobrażenie o niej było zupełnie inne od tego, co spotkało go w Sali Wejściowej. Parę minut później w Wielkiej Sali dyskretnie wyjął pod stołem mapę i śledził, jak Meadowes kieruje swoje kroki do gabinetu Dumbledore’a, by przesiedzieć tam całą przerwę i następny blok zajęciowy. O czymkolwiek by nie rozmawiali, nie podobała mu się jej obecność na jego terenie. Nie i już.
Rosmerta w końcu obsłużyła klientów i wróciła do niego, stawiając przed nim kufel piwa kremowego. Kufel ogromy, ociekający pianą. Bliźniaczy do tego, który stał na blacie i zbierał napiwki z durnym napisem wymyślonym kiedyś przez Jamesa: Expecto patronum, vingadrium leviosa. Tutaj wrzuć knuta na kabanosa. Były to chyba dwie największe sztuki, jakimi dysponowały Trzy Miotły.
– Dobra, to teraz ostatnia próba. Ale tym razem nie oszukuj!
– Kochana, ja nie oszukuję. Wystarczy uważnie patrzeć na karty.
Rosmerta miała ogromną umiejętność poprawiania nastroju. Uśmiechnęła się pewna siebie i zadziorna. Była od niego o dwa lata starsza i pamiętał, że kiedy kończyła Hogwart, znaczna grupa z męskiej części szkoły chciała przyodziać żałobę. Należał wtedy do tej grupy. Kilka miesięcy później otworzyła wraz z kuzynem pub w Hogsmeade i stał się on ulubionym miejscem spotkań wielu studentów.
Po raz kolejny tego wieczora Syriusz ułożył w dłoni trzy karty: dwie w lewej ręce i jedną w prawej. Dwie dwójki w towarzystwie króla pik. Wskazał go Rosmercie. Skinęła głową, mrużąc w skupieniu oczy i przyglądając się jego dłoniom. Wykonał nimi parę szybkich ruchów  i trzy karty leżały na blacie.
– Ta! – kobieta uśmiechnęła się z satysfakcją i dotknęła lewej karty.
Była pewna swego.
Syriusz znów posłusznie odsłonił wskazany kartonik.
Dwójka kier.

***

Amelia była… wręcz niemożebną nudziarą. Z całym szacunkiem, ale tak bardzo brakowało jej polotu, że Lily czasem nie mogła uwierzyć w to, co plecie piękna Szkotka. Wielu mogłoby jej pozazdrościć inteligencji, odwagi i towarzyskiego usposobienia, ale miała niespotykanie drewniane poczucie humoru. Nierzadko Lily odnosiła wrażenie, że dziewczyna wyszła prosto z mugolskich romansideł, na które Evansówna pobieżnie zerknęła w czasie wakacji i które na co dzień namiętnie pochłaniała Petunia. Amelii bardzo do twarzy byłoby ze zwiewnymi sukniami, bankietami i czytaniem poezji w ogrodzie. Owszem, Lily sama z pewnością nie należała do grupy jakichś wyjątkowo nieokrzesanych dziewcząt, ale Amelia przesadzała w drugą stronę. Miała wyjątkowo dobre serce i zawsze służyła pomocą, ale… jak można być tak nudnym? Z tak niewielu rzeczy potrafić zażartować?
Nadgorliwość Amelii dyskwalifikowała ją z pozycji rozmówczyni na temat, który teraz trapił Lily. Z igły zrobiłaby już nawet nie widły, ale od razu trójząb. I to trytoński. Wymykając się Szkotce, ruszyła w stronę dormitoriów młodszych Gryfonek. Miała nadzieję wygadać się Mary, studentce w piątego roku, z którą bardzo się polubiły w ostatnim czasie. Ale nie udało jej się to.
– Wyszła z Marleną, tą Puchonką. Wspominały coś o Hogsmeade – poinformowała ją już na miejscu współlokatorka McDonald i zamknęła jej drzwi przed nosem.
Lily ściągnęła grymaśnie usta, kierując się smętnie ku wyjściu z zamku. Nie bardzo wiedziała, gdzie się podziać. Chciała po prostu wyciągnąć Mary na spacer i porozmawiać o…
– Hej, Lily!
Edwinie.
Znikąd pojawił się przy niej  ten uśmiechnięty blondyn i cmoknął ją na powitanie w policzek. Spuściła głowę, próbując ukryć fakt, że jej twarz przybrała barwę iście gryfońskiego szkarłatu. Lubiła go, był wyjątkowo sympatycznym gadułą, ale tak bardzo potrafił ją skrępować!
– Wybierałem się właśnie na spacer. Przyłączysz się?
O ironio.
– Hmm, też właśnie się wybierałam na błonia, więc może bez żadnego przyłączania się po prostu pójdziemy jednocześnie obok siebie? – próbowała uśmiechnąć się ironicznie, żeby nadać tym głupim słowom żartobliwego wydźwięku i jednocześnie uniknąć kolejnego krępującego zachowania. Jeszcze przyszłoby mu do głowy złapać ją za rękę. Brawo! O to chodzi. Idziemy razem, ale trzymamy dystans. Edwin uśmiechnął się i podał jej ramię. Merlinie, ja się do tego nie nadaję. Niechętnie zaczepiła o nie dłoń. Parę kroków później pod pretekstem poprawienia sznurowadła, oswobodziła się i już nie podchodziła do niego tak blisko. Nie chciała, by ktoś widział ich idących pod rękę.
Biedny, chyba się domyślił i splótł dłonie z tyłu, ale mimo to z jego twarzy nie schodził uprzejmy uśmiech. Swobodnie, jak gdyby nigdy nic zaczął mówić o książce, którą ostatnio przeczytał. Wyszli w końcu na błonia i skierowali w stronę jeziora. Dyskretnie mu się przyglądała, gdy odpowiadała na jakieś pytanie. W dziennym świetle dokładnie było widać piegi na garbatym nosie oraz opalonych policzkach blondyna i śmiejące się oczy. Dlaczego ktoś o tak sympatycznym fizys i usposobieniu tak bardzo ją krępował? Głupia, głupia, głupia!
Brzegiem jeziora spacerowało wielu studentów, w tym większość par. Lily po raz kolejny pogratulowała sobie pomysłu ze sznurowadłami i oderwania się do ramienia Edwina, gdy zobaczyła w pobliżu Lidię i Jamesa. Znów przybrała gryfońskie barwy, gdy zauważyła kątem oka, że Potter ich obserwował. Wolałaby nie spotkać nikogo znajomego, jakby spacer z rok młodszym Prewettem był czymś wstydliwym.
Będę starą panną. – gdzieś w jej głowie zabrzmiał ostateczny, niski głos. Postanowione. Nieee, ja się nie nadaję do tych wszystkich podchodów, nie namówicie mnie. Będę siedziała z Dudem na ganku i będę zrzędziła dzieciakom z sąsiedztwa. Dajcie wy mi wszyscy święty spokój!
Jeszcze niedawno marzyła o tym, by w końcu ktoś się zainteresował jej osobą. Teraz miała ochotę spławić biednego Edwina, choć był tak uroczym gadułą. To w niej leżał problem, choć nie wiedziała, gdzie dokładnie. Ale nie można było zaprzeczyć, że coś jest z nią nie tak. Żeby tak bardzo przeżywać zwykły spacer? Że ktoś się do ciebie uśmiecha i zabiega o twoją uwagę, o odrobinę twojego czasu? I kto tu robi z igły trójząb?
Z ulgą usłyszała dzwony zapowiadające zamknięcie zamku i nadchodzącą kolację. Zgodnie zawrócili, choć rozmowa, którą prowadzili w drodze powrotnej była już tylko grzecznościowa. Gdzieś prysł zapał Edwina, jakby coś go zniechęciło. Lily zaczęła mieć wyrzuty sumienia, podejrzewając, że może zauważył wspomnianą wcześniej ulgę na jej twarzy. Jednak wszystkie te myśli rozpłynęły się nagle, kiedy tylko weszli do Sali Wejściowej. Czuć było jakieś napięcie wśród studentów, jedni dziwnie milczeli, inni rozmawiali przyciszonymi głosami. Ruszyła z Edwinem do Wielkiej Sali, gdzie mieli się rozejść do swoich rówieśników, ale stanęli w drzwiach jak wryci. Najpiękniejszą komnatę w zamku, zwieńczoną zaczarowanym sklepieniem, ubrano w żałobne czarne szarfy. Cała uwaga skupiona była na dyrektorze, który z zatroskanym wyrazem twarzy i zetkniętymi końcami palców czekał bez słowa, aż wszyscy zajmą swoje miejsca.
Edwin i Lily pożegnali się tylko znaczącym spojrzeniem i z pośpiechem pomaszerowali do swoich domowników. Ktoś ze znanych im osób umarł i naprawdę bała się dowiedzieć, kto to taki.
Wilde – jakaś dziwna gula ścisnęła gardło dziewczyny na nagłą myśl o profesorze uczącego obrony przed czarną magią. Tylko nie on. Był stary jak świat, ale zaskarbił sobie serca uczniów swoją ogromną wiedzą i umiejętnością jej przekazywania. Z bijącym mocno sercem usiadła obok Blanki. Chwilę później dostrzegła Wilde’a wchodzącego do sali i zajmującego miejsce przy stole nauczycielskim. Lily nie wiedziała, czy odetchnąć, czy bać się jeszcze bardziej, tego, co zaraz usłyszy. Rozglądała się dookoła, próbując zrozumieć, kogo brakuje i kogo być może więcej nie zobaczy. Nikt jej jednak nie przychodził do głowy, gdy patrzyła na mieszające się poważne twarze przybywających na miejsce. Wszyscy już chyba dotarli i w narastającej ciszy czekali na przemowę dyrektora. Może to jednak ktoś spoza szkoły? Ktoś zasłużony dla czarodziejów, ktoś…
– Moi drodzy – zaczął Dumbledore, wstając ze swojego miejsca, gdy w Wielkiej Sali było już cicho jak makiem zasiał. – Przed momentem dotarła do nas druzgocąca informacja. – Nie  unosił głosu, a mimo to wszyscy słyszeli go dokładnie. – Z ciężkim sercem muszę was powiadomić o śmierci waszego kolegi, Samuela Browna.
Przez salę przeszedł szmer.
Sam Brown? Lily kilka razy powtórzyła sobie to nazwisko,  grzebiąc w pamięci, ale nie potrafiła przypasować do niego żadnej twarzy. Spojrzała trochę skonsternowana po reszcie Gryfonów; mieli równie zbaraniałe miny, jak ona. Tylko Remus zmarszczył ponuro brwi. W końcu jakaś Krukonka z pierwszego roku głośno zaszlochała, za nią parę innych osób siedzących w jej pobliżu.
– Kto to był? – Lily szepnęła dyskretnie do Lupina.
– Odwieźli go do Munga po Halloween.
Teraz skojarzyła. Był jakiś pierwszoroczny, którego przetransportowano do szpitala dla czarodziejów po napaści na chłopaków. Pojawiły się nawet pogłoski mówiące o tym, że mogli być w czwórkę ofiarami tych samych osób, które wyrzucono ze szkoły i poddano Wizengamotowi. Mówiło się o tym, że ten biedak zapadł z niewiadomych przyczyn na coś na kształt ciężkiej depresji, że zaniemówił, przestał jeść, zupełnie stracono z nim kontakt. Nie powrócił po tym wszystkim do Hogwartu. Podejrzenia, że znalazł się w tym samym miejscu, co Huncwoci wydawała się Lily dość naciągana, niewątpliwie jednak musiało wydarzyć się coś złego, co przestraszyło go do tego stopnia, że nabawił się tak poważnego urazu psychicznego.
Żal ścisnął ją za serce, choć nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, jak chłopczyk wyglądał.
– Samuel – zaczął ponownie Dumbledore, tym razem unosząc głos, by ponownie przykuć uwagę i dalszy ciąg wypowiedzi móc powiedzieć już charakterystycznym sobie, spokojnym tonem: – zginął w nieszczęśliwych okolicznościach – Podobno wyskoczył przez okno – szepnął ktoś konspiracyjnie nieopodal  Lily. ­– jednak to w naszej szkole podupadł na zdrowiu, co przyniosło tak tragiczne skutki. To tutaj zaczęła się tragedia jego i jego rodziny. A ci, którzy są za to odpowiedzialni, poniosą karę. Kimkolwiek by nie byli, gdziekolwiek by się nie schowali. – przemawiał swoim łagodnym tonem, jednak dobór słów i tak budził respekt i gęsią skórkę na ciele wielu słuchaczy. Jednocześnie na sali nie brakowało uczniów zdziwionych kierunkiem, w jakim potoczyła się przemowa Dumbledore’a.
– Zwariował, prawda? – Lily usłyszała gdzieś za sobą kolejny mało taktowy szept.
– Uczcijmy pamięć o Samuelu minutą ciszy.
Wszyscy powstali w milczeniu ze swoich miejsc. Może trochę dziwnie było czcić pamięć kogoś, kogo się kompletnie nie pamiętało, jednak ten moment i tak wyszedł im w odpowiednim, godnym i poważnym tonie. Gdzieś pomiędzy chwilą za krótką a zbyt długą dyrektor podziękował im i pozwolił znów usiąść. Opuścił nieco głowę tak, że długa siwa broda zatańczyła na pustym talerzu przed jego krzesłem, a bladoniebieskie oczy spoglądały teraz na uczniów sponad złotych okularów-połówek.
– Moi drodzy, czuję się w obowiązku powiedzieć jeszcze parę słów. Musicie bowiem wiedzieć, że cokolwiek nie osłabiło pół roku temu waszego przyjaciela i cokolwiek nie zniszczyło go dzisiaj, wciąż może być niebezpieczne, jeśli nie będzie między wami zgody. To przykre, że odczuliście coś takiego nawet za potężnymi murami Hogwartu, ale nadciągają niebezpieczne czasy. Apeluję do was z całego serca, abyście nauczyli się stawiać na najważniejszym miejscu swoją rodzinę, przyjaciół, wierność i zjednoczenie. Bez nich i bez choćby odrobiny życiowej mądrości, niczego nie będziemy już w stanie osiągnąć. – Podniósł głowę, wzdychając ciężko. Po chwili dodał nieco słabszym, jakby bardziej starczym głosem: – Wiem doskonale, że jest to droga trudna, ale proszę, zróbcie wszystko, aby nigdy nie stawać przeciwko sobie.
Chyba wszystkich w Wielkiej Sali zaskoczyło to, jak dyrektor zakończył przemowę. Nikt już nie wydawał się zainteresowany kolacją. Studenci spoglądali po sobie skonsternowani, nie do końca zdając sobie sprawę, skąd tak wzniosła refleksja w tak przykrej chwili. Jednak spośród wszystkich hogwartczyków najbardziej przeciągłe i znaczące spojrzenie wymieniła Blanka z Amelią. I gdyby wtedy nie westchnęły ze skruchą, po raz pierwszy od tygodni zaczynając rozmowę, to pewnie nie zrobiłyby już tego nigdy.


Lily tej nocy uroniła wiele łez.
Płakała nad chłopcem, którego nie znała i nad jego matką, w szczególności. Nad tym, że ta biedna kobieta, zupełnie jak kiedyś mama Lily, pełna obaw i nadziei puściła swoje dziecko do szkoły, o której prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszała. I znów nad Samem, który pewnie tak, jak parę lat temu ona, przybył do Hogwartu na poły nim oczarowany, a na poły osamotniony i zagubiony. Może zdążył zdobyć już przyjaciół, a może tęsknił za domem i rodziną, nie potrafiąc się odnaleźć. A potem znów nad jego matką, która po dwóch miesiącach dowiedziała się, że jej syn w niewyjaśnionych okolicznościach nabawił się jakiegoś urazu, przez który stracił kontakt z rzeczywistością i że trafi do szpitala, o którym zapewne wcześniej też nie miała pojęcia. Biedaczka, na pewno spędziła to pół roku, prowadzając chłopca od uzdrowiciela do uzdrowiciela, od lekarza do lekarza. Lily wiedziała, że nie jest w stanie choćby częściowo wyobrazić sobie tej rozpaczy, która musiała towarzyszyć pani Brown. Aż w końcu szlochała w głos nad tym, jak kończy się ta smutna historia. Nad tym, jak chłopiec może wyskakuje, a może nieświadomie wypada przez okno. Czy coś w ogóle poczuł? A może wystraszył się lotu? Czy może jednak jego oczy były tak samo puste jak wtedy, kiedy po raz ostatni przechodził przez Hogwart, odprowadzany przez pielęgniarkę i opiekunów?
A jego biedna matka… Lily aż za dobrze pamiętała wszystkie obawy pani Evans przed puszczeniem jej w nieznane. Chyba rozpadłaby się na milion drobnych kawałeczków, gdyby jej córce coś się stało. Jak to możliwe, że pani Brown wciąż utrzymywała się w całości?
I co takiego musiało się wydarzyć w tak bezpiecznym przecież Hogwarcie, że historia Sama skończyła się w ten dramatyczny sposób?




Dziękując za uwagę i poświęcony czas, nieśmiało pragnę dodać, że będę bardzo wdzięczna za każdą szczerą opinię czy choćby znak zainteresowania pozostawiony na blogu ;)
Layout by Yassmine