21 gru 2013

16. Wiedźmy


Ponad miesięczne opóźnienie to i tak drobnostka jak dla mnie. Można powiedzieć, że się uwinęłam :D

Przed Wami dość długi rozdział, mam nadzieję, że jakoś to zdzierżycie :)
Kolejny, który rodził się w strasznych bólach i w pośpiechu, gdzieś notowany fragmentami na kolanie między załatwianiem jednej sprawy a drugiej. Sporo o tym wszystkim ostatnio myślałam, wiem, że to nie jest już to samo, co kiedyś. Mam wrażenie, że od przeniesienia na blogspot wszystko zaczęło się knocić, ale chcę sobie jeszcze dać szansę, nawet kosztem zmuszania się do dalszego pisania, bo suma sumarum, pomimo kiepskich efektów, daje mi to sporo radochy i pozwala się trochę oderwać. Choć tak trudno było mi znaleźć czas na napisanie tego rozdziału, mam z niego straszną frajdę!

Ktoś ostatnio mówił, że do tej pory było trochę mało Lily, teraz jest tej zołzy aż w nadmiarze ;]

I chyba blogspotowi wariuje funkcja informowania o nowościach…

No iiii… oczywiście życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt pełnych magicznej atmosfery! J 

________________________________



Czas chyba jeszcze nigdy nie płynął tak wolno. Nie pomagał fakt, że dni były coraz krótsze, a pracy domowej i treningów coraz więcej. Tatianie każda godzina spędzona ze świadomością, że jej przyjaciele wciąż są w skrzydle szpitalnym dłużyła się niemiłosiernie. Czuła się współwinna temu, co się im przydarzyło i przeżyła prawdziwy szok, kiedy dowiedziała się, że Jamesa przeniesiono do Świętego Munga. Wcale nie uspokajały jej tłumaczenia, że nic mu już nie grozi, a pobyt w szpitalu wymuszony jest jedynie przez rutynowe badania i konieczność obserwacji.
Pluła sobie w brodę za to, że w ogóle zgodziła się brać udział w ich planie i im pomagać. Oczywiście, że na celu mieli dobro Remusa, ale przecież to było do przewidzenia, że bawienie się tak zaawansowaną magią przez grupkę nastolatków może nieść za sobą katastrofalne skutki. Próbowała się sama przed sobą tłumaczyć, że wypadek chłopaków nie wynikał z ich błędu, a był winą osób trzecich, ale przecież gdyby nie to, czego próbowali dokonać, tej felernej nocy świętowaliby Halloween razem z resztą uczniów i do niczego by nie doszło.
Był wczesny poranek, szare listopadowe niebo stanowiło dla słońca zasłonę nie do przebicia i pokój wspólny Krukonów pogrążony był w półmroku. Tatiana siedziała samotnie przy wielkim podłużnym stole, podpierając się na łokciu i beznamiętnie rysując coś w swoim starym szkicowniku. Szelest pergaminu i grafitu zagłuszał dochodzące z dormitoriów głosy budzących się powoli uczniów.
- Mamy sprawę. – Od tego stwierdzenia Syriusza wszystko się zaczęło. Dokładnie rok temu postanowili wtajemniczyć Tatianę w swój plan i jednocześnie utwierdzić ja w przekonaniu, że postradali rozum. Ich ambicje o zostaniu animagami były niepodważalnym objawem szaleństwa, choć nazwanie ich „szalonymi” Tatiana uznałaby wtedy za daleko idący eufemizm.
Jamesowi udało się jako pierwszemu. Było mnóstwo komplikacji z przemianą powrotną, ale niezrażeni niczym próbowali dalej. I choć Peter patrzył na kolegów coraz bardziej okrągłymi oczyma, to również się nie poddawał. Udział Tatiany był w tym wszystkim stosunkowo niewielki: podczas gdy Huncwoci ćwiczyli, ona towarzyszyła im z głową pełną zaklęć i różdżką w pogotowiu na wypadek jakichś trudności. Oczywiście do samego rzucania zaklęć i zabezpieczania Gryfonów o wiele bardziej nadawałby się Matt albo Blanka, którzy również bez żadnego mruknięcia ryzykowaliby razem z chłopakami, ale Tatiana miała nad nimi jedną znaczącą przewagę: wielkie fiołkowe oczy. Były one wyjątkowo pomocne, kiedy potrzebowali pozwolenia na wejście do działu z zakazanymi księgami (nie zawsze mogli czekać do nocy, by się tam włamać) czy musieli „pożyczyć” nieco specyfików ze zbioru Slughorna. Biedny stary Ślimak nigdy nie potrafił się oprzeć urokowi Tatiany, co Krukonka skrzętnie wykorzystywała, pomagając przyjaciołom.
Byli już blisko celu. Przemieniali się regularnie przez kilka ostatnich pełni, choć wciąż zdarzały się kłopoty i zmagali się ze skutkami ubocznymi, z reguły niezbyt przyjemnymi. Na przykład Jamesowi wyrosły na głowie dwa pulsujące bólem guzy w miejscu gdzie podczas przemiany pojawiały się rogi. Chwała Merlinowi za jego wiecznie napuszoną czuprynę, dzięki której nie musiał się dzielić z całym Hogwartem swoją przypadłością! Syriusz z kolei zaczął mieć problemy z rozróżnianiem niektórych kolorów, ale bywały też momenty, w których kompletnie wszystko widział w czerni i bieli. Nie uskarżał się tylko dlatego, że na początku uznał te objawy jako przywidzenie w deszczowo-jesiennej aurze. Dopiero podczas meczu Gryffindoru, kiedy wiedział, że wszędzie powinien widzieć pełno szkarłatnych barw, wystraszył się, że popadł w depresję i już nigdy nie zobaczy, jak kolorowy jest świat. Doprawdy, cały Black.
Mimo wszystko i tak w najmniej komfortowej sytuacji znajdował się Peter: ostatnie kręgi kręgosłupa odkrzywiły mu się w złą stronę, tworząc bolesne wybrzuszenie i utrudniając każdy ruch i tak już niezbyt sprawnej sylwetki.
- Rośnie mi ogon… – wyszeptał kiedyś z przerażeniem, jakiego jeszcze nie widziała w jego wodnistych bladych oczach. – Tatiana, ratuj!
- No. Mamy problem – skwitował wtedy Syriusz, a cała trójka spojrzała na nią z wyczekiwaniem, jakby sądzili, że jest w stanie cokolwiek zrobić – ona, najbardziej rozlazła Krukonka w historii Hogwartu!
Dwoiła się i troiła w poszukiwaniu jakichś metod, rozpaczliwie zaczepiała się chyba wszystkich możliwych ksiąg, wertując je z nadzieją strona po stronie, aż pewnej nocy złapała się na tym, że zaczytuje się w książce kucharskiej. Poszła spać zrezygnowana i przekonana o swojej porażce, obmyślając, jak powie chłopakom, że nie potrafi im pomóc, jednak następnego dnia znów pojawiło się światełko w tunelu: Slughorn. Mistrz eliksirów po raz kolejny okazał się niezawodny i, w na pozór kompletnie beztroskiej pogawędce ucznia i profesora, wyklepał wszystko, czego potrzebowała. Resztę załatwiła w mgnieniu oka, a halloweenowa noc miała być ich ostatecznym terminem zakończenia wszystkich problemów. Wyszło na odwrót. Wiedziała, że coś jest nie tak, gdy nie znalazła ich w umówionym miejscu o umówionej porze, a następnej nocy, kiedy już dowiedziała się od Larry’ego o zaginięciu, chciała postradać zmysły.

***

Sowa Larry’ego z poranną pocztą wytrąciła Mullenowi widelec z ręki i ten po raz czwarty tego dnia wylądował na posadzce. Matt przeklął pod nosem, a schylając się po sztućca uderzył głową w stół. Sowa, jakby zdegustowana, pacnęła go skrzydłem. To nie mógł być dobry dzień. W sumie… jak każdy inny.
- Spójrz. – Larry podsunął mu gazetę, gdy Matt już wygrzebał się spod stołu, rozmasowując sobie czubek najbardziej poobijanej głowy w Hogwarcie. Chłopak rzucił okiem na tłuste i krzykliwe tytuły na pierwszej stronie.
- Zamieszki w Hiszpanii? Nooo, przykre, cóż więcej rzec? – Rzucił dość lekceważąco i wznowił walkę z wyślizgującą się kiełbaską.
- Blanki mama się tu wypowiada, ale skoro cię to nie interesuje, to smacznego.
Matt spojrzał na niego bezradnie z jamą ustną wypełnioną do granic możliwości, nie mogąc wydusić ani słowa. Wydobyło się z niego jakieś jęknięcie, ale Golden udawał, że nie wie, o co chodzi i zagłębił się w lekturze, podczas gdy Mullen zawzięcie walczył z zawartością ust. Przegrał wyścig z czasem i Larry przeszedł do następnego artykułu, gdy jego przyjaciel dalej nie był w stanie niczego powiedzieć tak, żeby zachować swój posiłek tylko dla siebie. Zrezygnowany, przełknął  wyjątkowo wysuszony kawał mięsa tak gwałtownie, że aż z oczu pociekły mu łzy.
- I co mówiła? – wydyszał w końcu.
- Przybliżała sytuację. W Hiszpanii jakaś grupa pomyleńców zafascynowała się tym całym Voldemortem, ale to kompletni kretyni, szybko ich złapali.
Matt rozejrzał się po sali, szukając wzrokiem Blanki, ciekaw, czy dziewczyna już zapoznała się z poranną prasą, ale nie wypatrzył jej ani przy stole Gryfonów, ani w sali wejściowej, na którą miał doskonały widok przez uchylone drzwi. Nigdzie nie mógł dostrzec tej wysokiej brunetki, której śródziemnomorską urodę dość trudno było przeoczyć w tłumie bladych Anglików. Ostatnio coraz częściej zdarzało jej się zasypiać na śniadanie, ale na pewno nie zaspałaby na eliksiry, których co prawda nienawidzi, lecz jednocześnie za bardzo się ich boi, by nie przyjść na poranne lekcje.
Matt spojrzał na zegarek. Za pięć minut miały zacząć się zajęcia w lochach. Stwierdziwszy, że Hewson znów niechcący za bardzo przedłużyła poranną drzemkę i, nie chcąc marnować czasu na śniadanie, przybiegnie prosto do klasy, spakował dla niej parę tostów i ruszył w stronę sali eliksirów, gdzie miał nadzieję już spotkać przyjaciółkę.

Jednak tak się nie stało.
Hewsonówny nie było w lochach ani przed lekcją ani w jej trakcie. Krukon nieco skonsternowany usiadł na swoim miejscu, które zazwyczaj dzielił z Blanką, rozglądając się dookoła.
Jak na złość, Slughorn zaczął te zajęcia od sprawdzania obecności, o czym zazwyczaj zapominał, i gdy dotarł do nazwiska Gryfonki, zapadła głucha cisza.
- Onaa… - zaczął Matt, gorączkowo starając się wymyślić coś, co złagodziłoby zapewne nadchodzący gniew Ślimaka. Profesor spojrzał na niego nieprzytomnie, po chwili jednak oczy mu rozbłysły.
- Ach tak – westchnął. – Już sobie przypominam, Minerwa faktycznie coś wspominała – wymamrotał niewyraźnie i przeszedł do następnego nazwiska.
Mullen zastygł na moment z rozchylonymi ze zdumienia ustami. Kątem oka zarejestrował równie zdziwioną minę Amelii i Tatiany.
Co takiego do licha mogło się wydarzyć, że interweniowała sama McGonagall?
Coś musiało być na rzeczy.

***

- A panna nie powinna być teraz na zajęciach? – po skrzydle szpitalnym potoczył się ostry głos pani Pomfrey, gdy tylko przyłapała postać drobnej czarnowłosej Krukonki przy łóżkach dwóch Gryfonów.
- Mam teraz okienko.
- Sprawdzę to – ostrzegła uzdrowicielka, chowając się z powrotem w gabinecie.
- Spoko. Baby mi nigdy nie wierzą – burknęła Domogarow, kradnąc Peterowi fasolkę Bertiego Botta i wytykając Syriuszowi język w odpowiedzi na jego pobłażliwe spojrzenie. – Chociaż w sumie, to już nie tylko baby. Dzisiaj mnie Slughorn przydybał.
- Jak to?
- Normalnie – wzruszyła ramionami. – Kazał mi zostać po lekcji, a potem zaczął się drzeć. To znaczy: nie darł się, ale dał mi do zrozumienia, że więcej mam go nie prosić o pomoc.
- Niby dlaczego? – obruszył się Black.
- On chyba… cóż, myślę, a w zasadzie wiem to na pewno, bo to też zasugerował, że powiązał jakoś moje ciągłe próby dostania się do działu ksiąg zakazanych z dziewczyną Notta i atakiem na was – starała się, by jej ton zabrzmiał zdawkowo, ale nikogo na to nie nabrała. Najwyraźniej rozgoryczenie wzbierało w niej od samego początku i tylko czekała, by móc się tym podzielić z chłopakami.
- Odbiło mu czy się nawdychał za dużo oparów z kotła Blanki?
- No wiesz, po moich ocenach nie trudno się domyślić, że to raczej nie ja przesiaduję ciągle w bibliotece i dla kogoś załatwiam te pozwolenia. Tamta idiotka była z Ravenclawu, faktycznie mógł pomyśleć, że coś te sprawy łączy. Mam nadzieję, że parę łzawych spojrzeń wystarczy i mu przejdzie. A co do Blanki, to nie było jej dzisiaj, myślałam, że zajrzała może do was?
- Nie, nie było jej tu jeszcze – poinformował Peter, wyciągając w stronę przyjaciół pudełko z fasolkami, a gdy się poczęstowali, kontynował: – Ale powiedziała, że po południu pomoże nam z zaklęciami niewerbalnymi, nie potrafię tego sam nadrobić.
- Dziękuję bardzo za jej pomoc i czary niewerbalne, ja już miałem u niej z tego lekcję. Jeszcze w Porcie. – W swoim stylu wtrącił Syriusz. Wyjaśnił łaskawie, o co chodzi dopiero gdy i Tatiana, i Peter wlepili w niego uprzejmie zaciekawione spojrzenia. – Uczyła się je rzucać i spadł na mnie cały regał z książkami i wazonami. Do tej pory mam guza z tyłu głowy.
- Tak czy siak, nikt poza nią i Larry’m jeszcze tego nie podłapał.
- Mniejsza o nich, Blanka uczy się tego już od kilku miesięcy, a Larry jest największym mózgiem szkoły – zawyrokował Syriusz. – Więc może lepiej pomyślmy, co teraz zrobimy z… – zaczął mówić przyciszonym głosem, ale natychmiast urwał, gdy w środku znów pojawiła się pielęgniarka.
Pod ostrzałem jej podejrzliwych spojrzeń trudno było swobodnie porozmawiać na najważniejsze dla nich tematy. Tym bardziej, że kobieta najwyraźniej wcale nie zamierzała ich w najbliższym czasie zostawić samych, ale wzięła się za ścielenie łóżek (i tak już idealnie wyścielonych), zamiatanie i wycieranie kurzu w najdziwniejszych miejscach.
- No a jak wy się czujecie? – zagadnęła Tatiana, kiedy cisza spowodowana obecnością uzdrowicielki nienaturalnie zaczęła się przeciągać.
Spojrzała z prawdziwą troską na swoich przyjaciół. Wciąż mieli pobladłe, zapadnięte  twarze, cienie pod oczami i czasem tylko krzywili się w grymasie bólu, kiedy poprawiali się na łóżku albo wykonywali jakiś niewygodny ruch, ale i tak wyglądali o wiele lepiej niż w chwili, kiedy Tatiana zobaczyła ich pierwszy raz po ataku. 
W odpowiedzi na jej pytanie obaj wzruszyli ramionami.
- W sumie coraz lepiej – bez entuzjazmu stwierdził Syriusz. – Pani Pomfery chce, żebyśmy zostali tu jeszcze do końca tygodnia, ale myślę, że da się namówić na lżejszy wyrok. – Uśmiechnął się łobuzersko do kobiety, która łypnęła na niego groźnie z drugiego końca sali.
- Ktoś tu do Was zagląda?
- Głównie wy, wczoraj wieczorem był Remus. – Peter znów podetknął Tatianie pudełko z fasolkami i zerknął z huncwockim błyskiem w oku na przyjaciela. – No i Syriusz ma ciągle gości. Całe pielgrzymki.
- A chcesz przez łeb?
Pettigrew zachichotał.
- No co, Angelina czasem przychodzi – wytłumaczył się brunet pod naciskiem zmrużonych podejrzliwie fiołkowych oczu Krukonki. Nie umknął jego uwadze grymas na twarzy przyjaciółki – obie wspomniane panie z wzajemnością za sobą nie przepadały.
- Jasne, Angelina – zarechotał Peter, dalej bawiąc się w sprzedawanie towarzysza. – O, spójrz, Tatiana! – wskazał za okno, gdzie właśnie podleciały dwie małe sówki z pakunkami.
Pani Pomfery odebrała pocztę, dała ptakom po herbatniku i zamknęła za nimi okiennice. Zerknęła tylko na pakunki i ruszyła w stronę Gryfonów, z miną tak znudzoną, jakby robiła to po raz setny tego dnia. Położyła listy i paczuszki na stoliku nocnym Syriusza, patrząc na niego z politowaniem i wycofała się do swoich zajęć.
- Dziękuję – mruknął za nią Gryfon i sięgnął po kopertę leżącą z brzegu.
- To na pewno od Angeliny – Peter poinformował Tatianę konspiracyjnym szeptem.
- Więcej ci słodyczy nie oddam – warknął Black, pogrążając się w lekturze listu.
- Łapa dostaje od początku życzenia powrotu do zdrowia albo paczki z czekoladkami – wytłumaczył Krukonce Pettigrew. – Naprawdę, nie rozumiem, czemu skrywa ten fakt przed Angeliną.
- I nie boicie się, że kiedyś ktoś podeśle coś nafaszerowanego eliksirem miłosnym? – całkiem trzeźwo zwróciła uwagę Domogarow.
- Sprawdzaliśmy parę razy, ale nigdy nic nie wykazało. Zresztą i tak jesteśmy pod opieką pani Pomfery, nic się nie stanie. Fasolkę?
Tatiana poczęstowała się, uważnie obserwując Syriusza. Zerknął na nich przeciągle, dając do zrozumienia, że słyszy ich podśmiewujki i znów powrócił do czytania. Miał zmarszczone brwi, na ustach błądził delikatny uśmiech.
- Tylko że zazwyczaj zaśmiewa się do łez, jak czyta te liściki… Co jest, Łapo?
Black pokręcił głową, dając im do zrozumienia, by nie przeszkadzali.
Po dłuższej chwili, gdy jego wzrok dotarł do ostatniej linijki, powoli złożył pergamin i schował go z powrotem do koperty.
- Znacie jakąś I.P.?
- Kolejny anonim? – zarechotał Glizdogon.
- Yyy, kolejny anonim? – przedrzeźnił go poirytowany Syriusz z miną wskazującą na zaburzenia psychiczne. Peter spłonął rumieńcem. – Przestań w końcu rechotać, masz pozdrowienia, gumochłonie.
Oczy Pettigrew nabrały kształtów i rozmiarów galeona.
- Ja? Pozdrowienia? Pokaż! – wyciągnął rękę w stronę koperty, ale Syriusz go ubiegł i z krótkim „Gdzie z łapami?!” wepchnął list pod poduszkę.
- Tego ci nie pokażę, wybacz, brachu. To jak – zwrócił się do Tatiany – przychodzi ci ktoś na myśl?
- I.P.? Niee, nikogo nie kojarzę. A już na pewno nie nikogo, kto by się w Tobie skrycie podkochiwał. Ale pokombinuję jeszcze, z tym że teraz muszę lecieć, chłopaki – powiedziała, spoglądając na zegarek.
Cmoknęła każdego po dwa razy w policzek, każąc im szybko zdrowieć i pobiegła na zielarstwo, pozostawiając Syriusza pod czujnym okiem Petera przeżuwającego leniwie kolejne fasolki.
Glizdogon był jaki był, brakowało mu może sprytu swoich przyjaciół, ale na pewno nie do tego stopnia, by nie dostrzec wrażenia, jaki anonimowy list wywarł na Merlinowi ducha winnego Syriuszu. O ile wszystkie wcześniejsze wyznania miłosne naszpikowane „misiaczkami”, „koteczkami” i wizjami wspólnego szczęścia Łapy i autorki, wyśmiewane były nie tylko przez samego Blacka, ale i każdego w pobliżu, o tyle ten ostatni list leżał ukryty pod poduszką i wyraźnie nękał adresata, który teraz zamyślony, z nieobecnym półuśmiechem, patrzył w tylko sobie znany punkt.
Nawet nie ruszył pozostałych paczek.

***

Lily westchnęła znudzona, pocierając obolały od notowania nadgarstek.
Kolejna lekcja historii magii. Powtarzalna do bólu. Te same osoby robiące to co zawsze, siedzące tam gdzie zawsze. Ona, Remus, Amelia i Larry notują, Tatiana przysypia przy drzwiach, Matt i Blanka jak zwykle rozwiązują razem jakieś skomplikowane krzyżówki, Septima i Severus słuchają uważnie wykładu, ale nie notują, paru uczniów z Ravenclawu i Hufflepuffu gra razem z wisielca, Ślizgoni rozdają między sobą karty do eksplodującego durnia, niektórzy z nich, podobnie jak Domogarow, śpi w najlepsze. A duch profesora Binns jak pomnik tkwi wciąż w tym samym miejscu, mówiąc niezmiennie tym samym tonem. Jedyną różnicę stanowi brak Blacka, Pettigrew i Pottera. Ale gdyby byli, zapewne nie robiliby nic innowacyjnego: albo odsypialiby wcześniejszą imprezę, albo wydurniali się, robiąc z siebie jeszcze większych pawianów i grając Lily na nerwach.
A jednak… dziwnie było bez nich.
Próbowała się dowiedzieć od Remusa albo dziewczyn, jak wspomniana trójka się czuje, ale za każdym razem była zbywana zdawkowymi odpowiedziami, a przecież nie chciała wypytywać. Z jakiej niby racji? Z drugiej strony jednak, cała ta sprawa męczyła ją czasem do tego stopnia, że zastanawiała się, czy nie powinna odwiedzić Gryfonów w skrzydle szpitalnym. A kiedy dowiedziała się o przeniesieniu Jamesa, rozważała nawet napisanie do niego listu. To zapewne wrodzona wścibskość – tak sobie tłumaczyła swoje nagłe zainteresowanie stanem poszkodowanych i zawsze w ostatniej chwili porzucała zamiar podjęcia jakiegokolwiek działania. Bo, znów, z jakiej racji miałaby cokolwiek robić?
Co by nią nie kierowało, musiała przyznać, że odetchnie z ulgą, kiedy wszystko wróci do normy, a chłopcy znów zaczną ją drażnić przy każdej okazji. Bo nawet najgorszym wrogom nie życzyłaby takich przygód, przez jakie przeszli.
Z zamyśleń wyrwało ją kichnięcie Matta, siedzącego w ławce obok. Chłopak pechowo potrącił kałamarz, rozlewając po pulpicie atrament i zniszczyłby wszystkie papiery, nad którymi ślęczał razem z Blanką od początku zajęć, gdyby nie refleks Gryfonki: Dziewczyna zerwała się na równe nogi, porywając w objęcia pergaminy i książki. Część atramentu zdążyła już spłynąć z blatu na jej buty, zanim Matt opanował sytuację i wszystko od nowa uporządkował. Profesor Binns zdawał się nie zauważać całej sytuacji i bez zająknięcia kontynuował swój nudny wykład, podczas gdy Blanka usiadła z powrotem i znów wraz z Krukonem zatopili się w papierach.
Uwagę Lily, teraz już zdecydowanie niezdolną do skupienia się na notatkach, przyciągnęła pojedyncza kartka między ławką jej a ławką Blanki i Mullena, która najwyraźniej musiała im się zawieruszyć podczas zamieszania. Evans podniosła ją z podłogi i już miała oddać ją właścicielom, ale oczywiście i tym razem ciekawość wzięła górę, a biedna rudowłosa prefekt, nie mogła się oprzeć, by nie dowiedzieć się, co tak pochłania jej współlokatorkę. Przygotowana na największe intrygi Hogwartu, aż westchnęła z zawodu, kiedy na trzymanym w dłoniach świstku papieru zobaczyła jedynie masę dziwnych symboli, przekreślanych w różne strony z przypisami, których nie mogła się doczytać. Wyglądało to jak jakaś robocza wersja szyfru, czym Evans nie była specjalnie zdziwiona, bo niejednokrotnie widziała Blankę czytającą stare, nietypowo oprawione książki, w których na słowa, albo może i całe zdania, składały się znaki niepodobne do żadnego ze znanych Lily alfabetów.
- Hej! – szepnęła do Hewson, wyciągając w jej stronę kawałek pergaminu. – To chyba wasze.
Blanka odmruknęła jej ciche podziękowanie (niezbyt staranne), ze zmarszczonymi brwiami odliczając kolejne znaki na pozostałych papierach. Matt coś notował, szepcąc jej do ucha uwagi.
Ich specyficzne zachowanie już dawno przestało dziwić innych uczniów, ta dwójka wiecznie razem coś kombinowała, choć najczęściej po prostu rozwiązywali jakieś złożone zagadki, w które nikogo innego nie wtajemniczali. Evans obserwowała jeszcze chwilę ich skupione twarze, kiedy znów dobiegł ją głos profesora:
- … według tej legendy, ostatecznie miała go pokonać wiedźma, jak było naprawdę, do tej pory niewiadomo.
Lily drgnęła.
Pewna absurdalna myśl, która właśnie przyszła jej do głowy, zdawała się być teraz tak prawdziwa, że nie mogła odłożyć tego na potem.
- Panie profesorze? – odezwała się cicho, podnosząc rękę i zezując na Blankę, która też oderwała się od szyfrów i podobnie jak inni uczniowie, zaskoczona tym, że pierwszy raz od ponad pięciu lat ktoś próbował wziąć czynny udział w lekcji i nawiązać kontakt z nauczycielem, wlepiła zaciekawione spojrzenie w rudowłosą Gryfonkę.
Wśród uczniów zapadła kompletna cisza. Puchoni przestali grać w wisielca, Ślizgoni wstrzymali kartę, przypatrując jej się sceptycznie, nawet Tatiana przez sen wyczuła zmianę atmosfery i otworzyła leniwie jedno oko.
Lily jednak nie doceniła tego, jak w wielkim stopniu niewzruszony i obojętny na zachowania klasy potrafi być duch profesora Binnsa, który jak gdyby nigdy nic, zerkając w swoje notatki pamiętające czasy osiemnastego wieku, kontynuował swój wywód.
- Przejdźmy do następnego powstania…
- Panie profesorze! – przerwała mu śmiało, nie dając tak łatwo za wygraną – Kiedy ostatnio udokumentowano pojawienie się wiedźmy? Po czym są one rozpoznawane?
Nauczyciel przez chwilę nieprzytomnie wlepiał w nią swe perłowobiałe oczy, w końcu zamrugał parę razy i przemówił:
- Powstanie to przeprowadził chyba najmniej doceniany wśród goblinów…
Dalszą część jego zdania zagłuszył uradowany śmiech Ślizgonów. Trzymana do tej pory w górze ręka Lily opadła bezwładnie na ławkę, dziewczyna rozejrzała się bezradnie po twarzach uczniów. Remus wzruszył ramionami i posłał jej porozumiewawczy uśmiech z drugiego końca sali. Siedzący przed nią Larry odwrócił się i szepnął:
- Nie przejmuj się, nikt go nie przeprogramował od dwustu lat.
Uśmiechnęła się krzywo.
Jeszcze nigdy nie zlekceważył jej żaden nauczyciel.
I jeszcze nigdy dzwonek kończący zajęcia nie przyniósł jej takiej ulgi. Spakowała się w mgnieniu oka i pobiegła do biblioteki, gdzie zamierzała spędzić resztę dnia kosztem znalezienia odpowiedzi na pytania, które przepadły bez echa podczas lekcji.

***

Kolejny męczący dzień dobiegał końca. No, a przynajmniej ta wersja dnia. Choć Larry wiedział, że za chwilę znów będzie musiał poddać się działaniu zmieniacza czasu, by móc się uczyć i nadrabiać zaległe prace, był szczęśliwy, że na razie tu i teraz dzień ma się ku schyłkowi. Schodził na kolację dziwnie odprężony, może za sprawą pozostawionego w pokoju wspólnym krawata i rozpiętego górnego guzika koszuli? Prawdopodobnie McGonagall go prześwięci, jak zobaczy Prefekta Naczelnego podczas kolacji w tak nieoficjalnym wydaniu, ale nie dbał o to.
Usiadł na swoim starym miejscu obok Matt’a i Tatiany i po raz setny pożałował swojego położenia, bowiem wspomniana dwójka jego przyjaciół jak zwykle toczyła między sobą kłótnie o kompletne głupoty. Znudzony spojrzał na nich z góry, mimo że siedzieli na tej samej ławie – w końcu oni nie grzeszyli wzrostem, a Larry wręcz przeciwnie. 
Cóż, pomyślał, najwyraźniej tak to już jest, że im coś jest mniejsze, tym bardziej hałaśliwe.
I jakby na potwierdzenie tej tezy zobaczył wchodzące do Wielkiej Sali trzy Gryfonki: niziutką Evans, która wesoło szczebiotała o czymś do Amelii i idącą za nimi z ponurą miną i milczącą Blankę, najwyższą z całego towarzystwa.
Larry uśmiechnął się do siebie i kompletnie już nie zwracając uwagi na toczącą się obok niego kłótnię, zajął się jedzeniem. Jednak skupienie się na kolacji nie było takie łatwe, z powodu ciągłego szukania wzrokiem Amelii i – to było jeszcze bardziej rozpraszające – odnajdywania jej i wymieniania uśmiechów. W końcu się poddał, zjadł z trudem to, co sobie nałożył i, rezygnując z dokładki, wstał od stołu i ruszył w stronę miejsc zajmowanych przez Gryfonów. 
Usiadł obok Szkotki, jak zwykle witając ją cmoknięciem w policzek i obejmując ją ramieniem. Zgodnie z przypuszczeniami, od razu poczęstowała go jakimś smakołykiem. I choć jedzenie w jej obecności wymagało jeszcze więcej skupienia, każdy okruch podany przez Amelię, stawał się z miejsca prawdziwym frykasem. A podziękowanie stanowiło kolejny pretekst do skradzenia całusa.
Życie jednak jest piękne.
Rozmowa o wieczornych planach i przyszłym wspólnym wyjściu do Hogsmeade w końcu zeszła na bardziej codzienne tematy, dlatego wkrótce dołączyli się do niej także siedzący w pobliżu Remus, Blanka i Lily. A kiedy trzy na sześć rozmawiających osób nosi odznakę prefekta, w końcu musi zostać poruszony temat nauki i zajęć.
- Binns przeszedł dzisiaj samego siebie, Lily, to było piękne – stwierdził w pewnym momencie Golden, śmiejąc się do siedzącej naprzeciw Evans.
Dziewczyna trochę spochmurniała.
- Taaak… Larry?
- Hm?
- Co wiesz o wiedźmach?
Spojrzał na nią zaskoczony nagłą zmianą tematu, ale i mile połechtany faktem, że wszechwiedząca Evans szanuje jego zdanie i odpowiedzi na pytanie, które zlekceważył nauczyciel, szuka u niego.
- Cóż, to dość skomplikowana sprawa. Jest wiele pogłosek, ale tak naprawdę nigdy oficjalnie nie istniała żadna wiedźma. Owszem, w historii czasem się o nich wspomina, ale często w kontekście legend, trudno stwierdzić, czy to faktyczne historyczne postaci. Więcej jest wokół nich mitu niż jakichkolwiek konkretów. Są potomkiniami mężczyzny i heliopatki, a przecież o heliopatach mówi się w sumie tylko i wyłącznie w starych baśniach i mitach, już ich istnienie to wątpliwa sprawa, a co dopiero wiedźm… słuchasz mnie w ogóle?
Lily oderwała wzrok od Blanki, która zajęła się rozmową z siedzącą niedaleko Katie, kapitanem gryfońskiej drużyny.
- Tak, słucham. Ale sam mówiłeś, że są jakieś pogłoski, muszą być jakieś podejrzenia? – mówiła niemal błagalnym tonem, jakby w coś bardzo wierzyła i szukała kogoś, kto potwierdzi jej tezę.
- Cóż, bo to jest po prostu niemożliwe do jednoznacznego stwierdzenia. Zdarzało się nieraz, że ktoś był podejrzewany o bycie wiedźmą, ale zazwyczaj dopiero pośmiertnie dane kobiety były tak ochrzczone. Zrozum, to nie jest tak jak… – zająknął się przez chwilę, szukając odpowiedniego porównania – jak z czystością krwi. Ja i ty jesteśmy z rodzin mugolskich, Black jest czystokrwisty jak jasny gwint i to jest fakt, tego wszyscy są pewni. A wiedźmy to jedynie domniemania. Czytałem kiedyś, że ich włosy mają bardzo silne właściwości magiczne. Oczywiście, nie oplatają nikogo ani nic z tych rzeczy, nie patrz na mnie takim przerażonym wzrokiem! Po prostu można by je stosować do eliksirów zamiast niektórych substancji albo dodawać w celu wzmocnienia działania. Ale to chyba też domniemania, przecież nikt nie przeprowadzi takich eksperymentów. Wszystko bierze się z pradawnych opowiadań i wierzeń.
- Masz ogromną wiedzę na ten temat jak na osobę z mugolskiej rodziny – zauważył Remus.
Larry skromnie wzruszył ramionami.
- Tak się składa, że moja rodzina nie do końca jest mugolska, siostra mojej babki też była czarownicą. Sporo mi opowiadała, kiedy się dowiedziała, że dostałem list z Hogwartu. A że ona akurat interesowała się takimi pradawnymi mocami, to i mi się trafiło.
- Właśnie, ale jak to jest z tą mocą? – dociekała Evans. – Jak ona przechodzi? Skoro wiedźmy są potomkiniami heliopatów, to same ze sobą też są spokrewnione?
- Niekoniecznie. To chyba jest jak z magiczną mocą. Zazwyczaj jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale czasem trafia się komuś takiemu jak tobie albo mi. Nie wiem, może jakiś pierwiastek tej ognistej mocy gdzieś krąży we wszechświecie i trafia w przypadkowe kobiety? – zakończył z dobrodusznym uśmiechem i tonem starego dziadka bajarza. - Czemu tak cię to zainteresowało?
Oczy Lily zamigotały.
- Bo chyba jedną znam.

***

- Co czytasz?
W chwili, gdy nieoczekiwanie rozbrzmiało to pytanie, Lily aż wzdrygnęła się przestraszona. Była pewna, że jest sama w dormitorium. Rozejrzała się spłoszonym wzrokiem po pomieszczeniu.
Na sąsiednim łóżku siedziała Blanka, rozwiązując ciężkie, czarne buty.
- Zawsze musisz się tak skradać? – mruknęła rudowłosa.
- Normalnie weszłam. Co czytasz?
- Bardzo ciekawą książkę. Tak myślałam, że, jak przyjdziesz, to pokażę Ci fragmenty.
- Czyli co czytasz? – powtórzyła ze znużeniem brunetka, kładąc się z westchnieniem na łóżku.
- William Wilde: Wiedźmy – wyjątkowe czarownice.– Lily podała jej tytuł.
- To od razu mów, że swoją biografię. Ty zawsze wszystko tak komplikujesz… - Blanka mówiła monotonnym tonem, drapiąc od niechcenia za uchem Dudleya, który ułożył się obok niej.
Znudzony głos Blanki nie zmylił jednak Evans, która okazała się być godnym przeciwnikiem, bo nie przytaknęła jej bezmyślnie, jak to robili inni.
- Bardzo śmieszne. Ha. Ha – powiedziała naburmuszonym tonem.
Brunetka triumfalnie dmuchnęła przez nos, a kąciki jej ust lekko uniosły się ku górze.
- Przeczytać ci?
Dziewczyna wydała z siebie jakiś krótki dźwięk, który prawdopodobnie miał oznaczać zgodę.
Lily wróciła do początku tekstu. Najciekawsze fragmenty podkreślone miała ołówkiem. Zaczęła czytać:
 Wiedźma jest to całkowicie ludzka postać kobiety (w odróżnieniu np. od wili, która jest tylko widmem kobiety, jak mówi się w uproszczeniu) o wyjątkowo silnej czarodziejskiej mocy i specyficznym usposobieniu. Są to cechy mało stabilne i nie zawsze widoczne, dlatego też trudno jest określić, czy dana czarownica aby na pewno jest wiedźmą. Niestety z tego powodu porzucono próby prowadzenia oficjalnych rejestrów i nie wiemy, ile wiedźm może żyć w chwili obecnej. Wiadomo jednak, że są istotami bardzo rzadkimi, mówi się, że wiedźmy wśród czarownic trafiają się nie częściej niż raz na sto lat, ale jest niemal pewne, że w wypadku gdyby dwie różne wiedźmy mogły się poznać – z pewnością by się nienawidziły.  – Lily zakończyła tajemniczym tonem i spojrzała znacząco na współlokatorkę.
- Fascynujące – mruknęła dziewczyna, tłumiąc ziewnięcie.
- Słuchaj dalej: Cechy wiedźm prawie w stu procentach przypadków są dziedziczone przez córki, jednak bardzo często są też nabywane podczas dorastania, jeśli przeżywa się silne emocje czy bardzo znaczące chwile, które wpływają na psychikę i zdolności. Czasem zmiany spowodowane są nowymi znajomościami, wywierającymi ogromny wpływ, czasem okolicznościami, w jakich przyszło żyć przyszłej wiedźmie, kiedy indziej magicznymi doświadczeniami, a czasem są jeszcze innymi, trudnymi do zdefiniowania, czynnikami.
Ich moc pod wpływem tych czynników nagle wzrasta do  ogromnych rozmiarów; często są w stanie czarować bez używania różdżki, zazwyczaj potrafią bez większego wysiłku  (przy używaniu prostych zaklęć) pokonywać o wiele bardziej od siebie doświadczonych przeciwników. Na początku nie panują nad nagłym przypływem mocy.
Mają świetną pamięć i zdolności przywódcze. Myślą chłodno i logicznie, przez co są dobrymi strategami. Uważaj teraz: świetnie kłamią i oszukują. Zdarza się, że potrafią manipulować innymi.
 Wiedźmami są kobiety zdecydowane, pewne siebie. Często nie potrafiące okazywać słabości i uczuć, dlatego też do wszystkiego odnoszą się z dystansem. Są bardzo emocjonalne, jednak zazwyczaj świetnie nad tym panują. Najczęściej są to kobiety zgorzkniałe, złośliwe, często perfidne, a nawet w pewnym sensie niebezpieczne.
Są niemal zupełnie odporne na działanie Imperiusa i w chwilach, kiedy tracą nad sobą panowanie, mogą wykazać się nadludzką siłą.
- Po co mi to czytasz? – Blanka straciła w końcu cierpliwość.
Lily milczała przez chwilę. W końcu postanowiła powiedzieć prawdę:
- Widziałam, jak przerzucasz strony książki nie dotykając ich.
- No i co? Niektórzy mugole też potrafią takie sztuczki.
- To ty sprawiłaś, że Slughorn ostatnio się przewrócił! Widziałam, jak na niego patrzysz tak dziwnie. Potem spojrzałaś pod jego nogi, a on się potknął!
- Czy ty insynuujesz…
- Tak, że jesteś wiedźmą! – powiedziała z podekscytowaniem.
Blanka parsknęła śmiechem.
- No ładnie. Awansowałam ze zdziry na wiedźmę? – przypomniała ich pamiętną kłótnię w piątej klasie.
To, zgodnie z zamiarem Hiszpanki, ostudziło i zawstydziło Lily.
- Po prostu… - zająknęła się zbita z tropu i zażenowana swoimi dawnymi słowami – Czasem tak ci błyszczą oczy… Potrafisz samym spojrzeniem coś potłuc!
- Lilyanne, takie wyobrażenie o osobach magicznych mają mugole. Ty po prostu wychowałaś się w takim przeświadczeniu i tyle. Chociaż wydawało mi się, że taki stereotyp czarownicy istniał tylko w średniowieczu, ale widać mugole lubią trzymać się swego. Niczego nigdy nie potłukłam spojrzeniem ani nikogo nim nie przewróciłam.
- Nie znam drugiej osoby, która kłamałaby bez mrugnięcia okiem tak, jak ty – rudowłosa nie miała zamiaru się tak łatwo poddać. – Ty… – zawahała się – ty nawet nigdy nie płaczesz!
Brunetka spuściła z siebie ze świstem powietrze. Krótkim „psik!” zgoniła Dudleya z łóżka i przykryła się kocem.
- To są jakieś bajki. Nie ma tam żadnych faktów, same domniemania i lanie wody. Muszę się przespać, padam na twarz – powiedziała tonem kończącym rozmowę.
- To ja ci poczytam do snu. Parę ciekawszych fragmentów – Lily zignorowała słowa Blanki, chcąc za wszelką cenę jej dowieść, że to ona ma rację. – W przypadkach wiedźm, które swój wiedźminizm nabyły, a nie odziedziczyły, i którym gwiazdy przypisują ważną rolę zdarza się, że mają ostre rysy twarzy lub wyraziste, ostre spojrzenie. – Tu pani prefekt chciała zrobić znaczącą przerwę, ale dobiegł ją głos brunetki, warczącej w poduszkę:
- Zamknij się, Evans, bo nie ręczę za siebie… 
- Często, za sprawą nerwów…
- Evans! – warknęła Blanka, rzucając z całej siły poduszką w rudowłosą i przerywając jej w czytaniu.
Ta jednak po chwili kontynuowała:
- …ich zdystansowanie zamienia się w agresywność i wybuchowość…
Blanka zerwała się na równe nogi. Rzuciła rudowłosej krótkie a groźne spojrzenie, od którego Lily poczuła, jakby ktoś wbił jej cienką szpilkę w czoło. Syknęła z bólu, łapiąc się za bolące miejsce.

Evansówna odczytała to jako potwierdzenie swoich domniemań, chciała uśmiechnąć się triumfalnie do współlokatorki, ale zobaczyła tylko jej plecy, kiedy z poduszką w ręku i kocem pod pachą wymaszerowała sztywnym krokiem z dormitorium i zbiegła po schodach. Po chwili drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem. Same.


________________________________

* Aha, i chyba powinnam się odnieść do pewnej nieścisłości z kanonem: chodzi o tytułowe wiedźmy. Pomysł na wprowadzenie tego tematu pojawił się już… no, rok albo i może dwa lata temu. A niedawno, przy okazji odświeżania sobie serii, natknęłam się w Czarze ognia na zdanie idące jakoś tak: „na tę okoliczność [turniej trój magiczny] do Hogsmeade zaczęły ściągać najdziwniejsze stwory magiczne, w tym wiedźmy…” bla bla bla. Nie było wytłumaczone, czym są, było tylko wspomniane, że są „stworami magicznymi”, ja mam akurat taką koncepcję w kwestii wiedźm, mam nadzieję, że Wam przypadnie do gustu.

24 komentarze:

  1. Cieszę się, że jesteś i jeśli piszesz TAKIE rozdziały nie będąc w pełni w formie, to ja chyba nigdy nie jestem w formie. Innymi słowy: podobało mi się, bardzo!
    Super rozwiązałaś sprawę z animagią, czy też może nie rozwiązałaś, a rozwinęłaś, wyszło tak jak mi się wydaje, że powinno: nie jest to jakaś tam drobnostka, którą opanowali sobie w dwie noce, bo przecież Huncki są takie genialne i w ogóle nie ma o czym mówić.
    Świetny voldemortowy akcent, jeszcze niby nasz ziomal jest daleko (przez Hiszpanię zdaje się jeszcze dalej, a jednocześnie blisko, bo w końcu jeszcze niedawno bohaterowie tam byli - wspaniałe rozwiązanie!), a jednak już coś się zaczyna, chmury się zbierają i tak dalej. Ta wojna to wątek decydujący w historii Huncwotów, dlatego uwielbiam o niej czytać, jakiejkolwiek psychopatki by to ze mnie nie robiło (ale szczerze mówiąc głównie przez ten wątek nie zrezygnowałam jeszcze z pisania mojej historii).
    Lekcja u Binnsa cudna, Lily było mi strasznie szkoda. Przykro mi się zrobiło autentycznie, więc proszę ładnie: daj jej Jamesa na pocieszenie.
    I wiedźmy. Bardzo ciekawy pomysł, bardzo jedyny w swoim rodzaju. Zaczęłam się nawet trochę utożsamiać z Lily pod względem dociekliwości (wścibstwa) i miłości do ustalania faktów. Choć przy tym fragmencie poczułam się jakbym czytała horoskop albo coś takiego, gdybym ja pisała, nie umieszczałabym w niej tak szczegółowej charakterystyki, ale ja to ja, nie wpadłam nawet na ten pomysł, więc zamknę się. W każdym razie jestem ciekawa co z tą Blanką, więc pisz, pisz, pisz!
    Mnóstwa weny życzę i czasu wolnego! I szczęśliwych Świąt oraz pełnego miłości, pięknego nowego roku.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co Ty robisz, nie zamykaj się! Człowieku, przecież ja to do Was, mi trzeba wytykać, jak coś nie pasuje! :D
      I w sumie się cieszę, że to wyszło już teraz - widzisz fragment rzekomej książki Wilde'a powstał ładny czas temu i oczywiście, jak do tego ostatnio wróciłam, uznałam tekst za kompletną masakrę. Zaczęłam kasować, poprawiać... aż w końcu stwierdziłam, że jednak tak jest lepiej. Bo widzisz, zależy mi na takim mało profesjonalnym brzmieniu tej książki, a przynajmniej tych fragmentów. Były jeszcze szkice, w których Blanka sama znajduje tę książkę w dormitorium i z miejsca zaczyna wymyślać biednemu autorowi. No bo nie oszukujmy się - to jest napisane beznadziejnie :D Ale zdecydowałam się tego nie poprawiać, bo chciałam, by ta książka zachowała raczej mało wiarygodny wyraz. Możliwe, że w późniejszych scenach to się przyda, waham się jeszcze nad pewnym wątkiem. ;D
      Baaaaaaardzo Ci dziękuję za opinię i za życzenia, Tobie też wszystkiego naj! :))

      Usuń
    2. Tak właśnie myślałam, że o to może chodzić, dlatego nie wiedziałam, czy w ogóle to komentować. Jednak nie byłam w stu procentach pewna co poetka miała na myśli, więc wtrąciłam i się dowiedziałam. To jedna z wielu zalet blogowych opowiadań - zawsze mam dostęp do Autora/ki, dzięki Bogu.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Tak się cieszę, że napisałaś kolejny rozdział! :D Naprawdę super piszesz, więc nie przestawaj. Też kiedyś próbowałam trochę pisać i wiem, że często ciężko jest znaleźć czas. Ważne jest żeby się nie poddać :D I baaaardzo dziękuję za Lily :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt często nadużywać tej wyrozumiałości ;)
      Dzięki za miłe słowa, trzymaj się ciepło :)

      Usuń
  3. Ojej, mam straszny problem z tym rozdziałem. Bo wiesz pewne rzeczy bardzo mi sie podobają, a inne wydają się trochę... wymuszone.
    To ja zacznę od tych drugich.
    Wywożenie Jamesa do Munga na obserwaję, skoro i tak nim mu nie zagraża jak dla mnie kompletnie mija sie z celem. Wygląda to trochę jak sztucznie budowane napięcie, a sztucznie budowane napiecie jest niesamczne.
    Dwa to Peter. Jakoś nagle postanowiłaś nadać mu charakteru. Nie mówię, że to źle, ze chłopina dostał trochę przenikliwości i wreszcie pokazał, że jest. Chodzi o to, że wcześniej go nie było, ja przynajmniej go nie pamiętam. Tzn. chodził gdzieś na trzecim planie i ot, wszystko. W tym rozdziale natomiast nagle postanowił zabłysnąć domyślnością i jeszce na żarty mu się zebrało - wygląda to dziwnie.
    Trzy to te całe wiedźmy. Chodzi mi tylko o wrzucanie tego wątku. Bo jak się trochę takich potterowskich opowiadań poczytało, to jednak widzi się pewną powtarzalność w występowaniu pokręconych wątków romasowych oraz tych fantastycznych. Ludzie nie umieją się bez tego obejść i mam wrażenie, że uległaś presji. No i jest jeszcze to, że na tym etapie wątek wiedźm wydaje sie cokolwiek nadprogramowy.
    No i to tyle z tego, co mi tam gdzieś sie nie zgrywało.
    Bo z drugiej strony naprawdę podoba mi sie praca, jaką włożyłaś w odszukanie tego fragmentu. Z ledwie napomknięcia zrobiłaś cały pomysł, grupę istot, o pewnych właściwościach. I to bardzo się chwali (już pominę to, ze jak dla mnie mowa była po prostu o czarownicach i z twojej strony jest to wyolbrzymienie). Sam fragment z ksiażki wygląda na straszne chrzanienie o niczym (choć pewnie taki miał być) i przydałoby się go trochę podstylizować - tak, zeby wyglądał na starszy, byłby smaczek. No, ale sam sposób wkręcenia książki, to, z jakim niedowierzaniem popatrywała na to Blanka, a jak wścibska była Lily - naprawdę pierwsza klasa!
    Świetnie też Syriusz rozgromił Petera. W tym akurat widać bardzo kanoniczny charakterek Blacka i, choć może nieco niemiłe, słowa czyta się przyjemnie.
    A Tatiana i Slughorn... o rany, ta to mnie powaliła. No, a wizja lekko zboczonego Ślimaka to już w ogóle :P
    Szczęśliwego nowego roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że jestem zaskoczona sprawą Jamesa, kompletnie nie pomyślałam o tym, że może to zostać tak odebrane. W żadnym wypadku nie chodziło mi o to, żeby budować napięcie czy coś, po prostu chciałam… żeby go nie było :D Mam już napisany jego powrót i nie towarzyszą temu żadne fajerwerki, ot, jako najbardziej poszkodowany, został zabrany na dzień-dwa na szczegółowe badania. Teraz jak tak o tym myślę, masz rację – o wiele lepiej wyglądałyby żarty w skrzydle szpitalnym wypowiadane przez Jamesa niż Petera, ale jego nieobecność na ten moment była mi za bardzo potrzebna. W każdym razie dzięki, że zwróciłaś mi na to uwagę, następnym razem będę uważniejsza w takich sprawach ;)
      Co do samego Petera – faktycznie, nad sceną z nim zastanawiałam się w sumie od samego początku. Bałam się, że wyjdzie zbyt jaskrawy i może faktycznie wyszedł, skoro tak mówisz. Ale pomyślałam, że raz kozie śmierć :p Nie no, bo widzisz, od początku nie chciałam robić z niego kluchy niepotrafiącej wydukać poprawnie zdania, jak to w większości ff bywa. Zdaje się, że jakoś w wakacje, czyli praktycznie w pierwszych rozdziałach opowiadania, starałam się rozwinąć jego wątek, ale potem mi skubaniec uciekł i zgubiłam na niego koncepcję. Co jakiś czas wznawiam próby wprowadzenia go, faktycznie na razie mogą być dość nieudolne, nie będę się zapierać, raczej uderzę się pokornie w pierś, bo mam z nim kłopoty wychowawcze.

      Co innego propos wiedźm – tego wątku nie oddam, neva! :D Nie bardzo czaję o jaką presję chodziło, ale powiem tak – wiem, że wiedźmy same w sobie na pewno w kanonie zostały zbagatelizowane, większość osób w swoim wyobrażeniu uprościło je do czarownic, jednak ja chciałam je jakoś wyodrębnić, wykreować z nich wręcz własne postacie (bo przynajmniej ja nie spotkałam się jeszcze z taką koncepcją, więc traktuję to autorsko), z tego prostego powodu, że takie „pół-stwory” o kobiecej twarzy będą mi strasznie potrzebne w dalszej akcji, o ile kiedykolwiek dobrnę tak daleko, jak to sobie zaplanowałam. I stwierdziłam, że im szybciej wprowadzę to zagadnienie, tym lepiej, przynajmniej nikt mi go nie sprzątnie sprzed nosa, wpadając na podobny pomysł x] a że cierpi na tym niewinna Blanka… no cóż. Przynajmniej mam kolejny pretekst do sprzeczki na linii Evans-Hewson, kocham je z sobą kłócić.
      Rozumiem, o co Ci chodzi, mówiąc o wyolbrzymianiu, ale zrozum – nie kierowałam się fragmentem z książki, wiedźmy początkowo były dla mnie moim własnym tworem wyobraźni, dopiero potem napotkałam jakąś wzmiankę o nich w kanonie i chciałam się do tego ustosunkować.

      Ale bardzobardzobardzo dziękuję za szczerość i uwagi! Mam nadzieję, że przy następnych odcinkach również będę mogła liczyć na Twoje krytyczne oko, jeśli tylko będziesz miała czas, bo to bardzo przydatne i pozwala spojrzeć na wszystko z innej strony. Ot, jak choćby w tym Jamesem. W życiu bym nie wpadła na to, że ktoś może to zrozumieć w ten sposób.

      A co do Tatiany… Trochę się przeraziłam tą uwagą na końcu, jak się teraz domyślam, chodziło o słowo „przydybać”? xD

      Dzięki i wzajemnie, dużo weny w 2014 ;)

      Usuń
    2. Ech, przypomniałam sobie o Peterze ale już po napisaniu komentarza. Rzeczywiście pamiętam go z wakacji, gdy tak strasznie się wstydził zagadać z dziewczyną. Skleroza nie boli :P Tyle, że nawet w takim wypadku to jednak za bardzo cię poniosło w tym rozdziale z Pettigrewem - aż tak przebojowy to on nie jest.
      Nie no ja w żadnym razie nie nakłaniam cię do rezygnacji. Co do pomysłów, to mam wrażenie, że bardziej kradną jak widzą - strzeż się! A tak swoją drogą, to nie mogłaś wymyślić jakiejś zupełnie innej nazwy zamiast wiedźmy?Bo wtedy zostawiłabyś podpis i skopiowanie takiego czegoś to dopiero byłby problem, a tak to taki delikwent może się wymigac, że niby pomysł jego.
      No, ale jestem bardzo ciekawa co też ci po głowie chodzi ;)
      Pewnie, że tak ;P Tylko wiesz, ja to tylko czasami zauważam coś podejrzanego, w większości wypadków za bardzomi się podoba to, co napisałaś ^^
      Em, nie bardzo rozumiem.

      Usuń
    3. Dobrze, że mi zwróciłaś na to uwagę, bo starając się wymyślić jakieś usprawiedliwienie dla jego gadatliwości w tym rozdziale, wymyśliłam nowy wątek xD Chociaż "wątek" to na razie chyba zbyt dużo powiedziane, pewien fakt po prostu, jeszcze nie wiem jak to rozwinę i czy w ogóle zmieści się do najbliższego rozdziału, ale tak czy siak dzięki :>
      No może i moooogłam, faktycznie dobry pomysł, ale tak mi się ubzdurało z tymi wiedźmami i to na dodatek taki czas temu, że już chyba nie szło tego wyplenić albo przerobić... coś mi się tam kiedyś uroiło w tym moim małym zakutym łbie i o. Za bardzo się przyzwyczaiłam do takiej myśli i teraz kompletnie nie mogę sobie wyobrazić, żeby nazywać je jakoś inaczej, zupełnie nie mam pomysłu.
      No bo pisałaś coś o wizji "lekko zboczonego Ślimaka", o co chodziło w takim razie? :>

      Usuń
  4. Pamietam, jak kiedyś czytałam ten blog...cieszę sie, ze wróciłas, mimo wszystko czasy huncwotow sa mi najbliższe. A Ty wprowadzasz wiele dodatkowych bohaterów, ktorzy urozmaicają podpowiadanir.troche dziwi mnie to, ze sprawa z huncwota i rozwiązała sie tak szybko i mam wrażenie, ze bez echa,..ponadto co to było za dziwne zaklęcie...? Zeby tak prżerazliwie ich bolało i to bez niczego? I czy to ma związek z tymi aurorami?ponadto chce zeby James wyzdrowiał.... Smutno mi,gdy go nie ma:( a z Blanka od dawna było cos nie tak! a fakt ze sie wypiera! tylko to potwierdza.... Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę z własnych mozliowoscu, ale nawet jesli nie,czyni ja to wystarczająco, jak nie bardziej niebezpieczna... Ogólnie podoba mi sie twoj blog choc mam wrażenie z e troche za bardzopedzisz i ze nie wracasz do poprzednich wątków.. Ogólnie pomysły sa bardzo dobre i bardzo lubię twoich krukonow, szczegolnie tatiane, widze ja przy syriuszu (cóż to za list dostał?),cieszę sie tez,ze nie traktujesz Petera jak oiate koło u wozu. Bardzo dziękuje za komentarz na moim blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągnie się to już kawał czasu i sama nie wiem, jak to wyszło, ale prawdopodobnie uznałam, że nie podołam robieniu z tego kryminału i rozwiązywaniu zagadki typu "kto zaatakował", za cienki bolek jednak jestem na takie wątki... pamiętam o tym i będę starała się to jeszcze jakoś wplatać od czasu do czasu, zrobię, co w mojej mocy, żeby to miało jako takie ręce i nogi.
      No bo właśnie - wiem o tym "pędzeniu". To chyba wina tego, że tak rzadko mam czas na pisanie, a mam jakiś tam plan opowiadania, który bym chciała zrealizować przed emeryturą i to tak samoistnie wychodzi, że staram się jak najszybciej odhaczać kolejne wątki szkicu, zaniedbując poprzednie... i czasem mam z tego powodu straszne wyrzuty sumienia. Ot, taki Peter - na początku miałam zamiar naprawdę wziąć go w obroty, trochę mu nagmatwałam i go zostawiłam. Muszę się z nim przeprosić.
      Ale bardzo się cieszę, że podobają Ci się postacie :) I również dziękuję ;)

      Usuń
  5. Zostałas nominowana do Liebster Award szczegóły na moim blogu http://pokochaj--huncwota.blogspot.com/p/liebster-awards.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej :)
    No więc tak na sam początek to się wypada chyba przedstawić skoro pierwszy raz dodaję tutaj komentarz. Nazywam się Skyler i przez przypadek trafiłam na twojego bloga ( to brzmi dość banalnie ale tak było xd)
    Jako, iż uwielbiam Huncwotów nie mogłam oprzeć się, by przeczytać to opowiadanie, zawierające fajne i dość długie rozdziały.
    Najpierw powiem ogólnie trochę co do każdej z moich ulubionych postać.
    James - dziewczyno ty to masz pomysły! Zamiast Lily Lidia? Kto by się spodziewał, że Rogacz się kompletnie podda i zaprzestanie swoich prób wyrwania Evans. Z jednej strony bardzo mi się to podoba a z drugiej wręcz przeciwnie, no bo..heloł! Jego ruda druga połówka na niego czeka ;D Mimo to, naprawdę bardzo udany pomysł, pokazujący, że Rogacz dalej pozostaje naszym Huncwotem. Niech szybko zdrowieje.
    Blanka - uwielbiam tą postać. po prostu uwielbiam wszystko co o niej piszesz i jak wiążesz kreatywne fakty w jedną całość. Czyżby ona naprawdę była wiedźmą? Jestem jak najbardziej za! To by dużo wyjaśniało w jej zachowaniu, które jest odrobinkę podobne do mnie ;) Muszę przyznać, że to właśnie z nią związane wątki czytało mi się najlepiej.
    Syriusz - moja druga (zaraz po Blance ) ulubiona postać na twoich blogu. Tutaj Łapa jest taki, jak powinien być. Łamacz serc, mający jednak swoich wspaniałych przyjaciół. Pierwsze zakochanie, złamane serce, kłopoty rodzinne. Perfekcyjnie wyszła ci jego postać. Ponadto czyżby szykował się jakiś romans między nim a Hiszpanką? Strasznie lubię ich sceny razem więc nie miałabym nic przeciwko,gdybyś złączyła Syriusza i Blankę. Byłabym wręcz prze szczęśliwa.
    Tatiana - strasznie podoba mi się więź, jaka łączy ją z Łapą. Piękne braterskie stosunki pokazujące że przyjaźń damsko- męska również może zaistnieć.
    A teraz co mnie tak zaskakuje
    O dziwo…nie lubię za bardzo Lily na twoim blogu. Może dlatego, że troszeczkę mało o niej słychać i bardzo przypomina mi Hermionę swoim zachowaniem wobec Blanki. Nie znaczy to jednak, iż tak jest cały czas. Mogę aż wyczuć szykujące się nowe wątki i mam nadzieję, że trochę ruszysz Rudą w kierunku Rogacza ;)
    Brakuje mi troszeczkę czystych Huncwotów bo tak jakoś rzadko czytam o ich całej czwórki. Zasmuciło mnie trochę, gdy czytałam o tym, jak całą "ekipą" wybrali się do Hiszpanii, bo brakowało tam Lupina i Petera. No ale cóż. To twoje opowiadanie i masz prawo robić/ pisać jak chcesz :)
    A i zapomniałabym! Pierwsza miłość Syriusza. Masz zamiar jakoś kontynuować ten wątek?
    Myślę, że na razie wystarczająco się rozpisałam :)
    Bardzo proszę informuj mnie na bieżąco na moim nowo co założonym blogu ( jeżeli masz ochotę bardzo serdecznie zapraszam, naprawdę cieszyłabym się, gdybyś zostawiła jakąkolwiek opinie na temat prologu, który niedawno umieściliśmy, oczywiście bez przymusu ) http://act-like-marauders.blogspot.com
    A i chyba nie masz nic przeciwko temu, iż dodałam cię do ulubionych?
    Serdecznie pozdrawiam, i czekam z niecierpliwością na nn :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie witam, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało :d
      Ja wiem, że Lidia może być trochę naciągana, ale jakoś lubię dziewczę (w sumie bardziej niż Evans, ale chyba mi nie wypada tak mówić), no i paradoksalnie jest mi bardzo potrzebna do połączenia tamtej dwójki. Mam nadzieję, że jakoś to wyjdzie.
      A więc utożsamiasz się z wiedźmami? :D Bardzo się cieszę, że Blanka przypadła Ci do gustu. bo tak naprawdę to od wymyślenia tej postaci pojawił się pomysł na całe opowiadanie i muszę przyznać, że choć się przed tym wzbraniam, to jednak jej poświęcam najwięcej uwagi.
      A to ciekawe, co piszesz, bo niektórzy równie chętnie swataliby Syriusza z Tatianą :> Naprawdę to tak oczywiste, że będzie z którąś z nich? No cóż, jego przyszłość mam akurat zaplanowana co do joty, ale nie zdradzę, z kim w końcu zapragnie się związać (ale niekoniecznie będzie to dziewczyna z wymienionej dwójki) w każdym razie jeszcze dużo wody musi upłynąć, zanim ten kretyn dojrzeje do normalnego związku. Co do Airelle - zależy co masz na myśli mówiąc "kontynuować"? Wspomnę o niej jeszcze parę razy, choćby w najbliższym rozdziale, ale generalnie nie robię tajemnicy z tego, że była to raczej miłość nietrafiona i nic wielkiego z tego nie wyjdzie. Poza faktem, że do Łapy w końcu dotrze, że istnieje coś takiego jak uczucia i że nawet on je ma i że kobiety też potrafią łamać serca, nie tylko on. Taka gorzka nauczka.
      Co do Lily - może to przez fakt, że sama za tą postacią nigdy zbytnio nie przepadałam i może to jest jakoś wyczuwalne? Sama nie wiem, ale mam nadzieję, że w końcu przypadnie Ci do gustu ;)
      Z Hiszpanii faktycznie powinnam się gęsto tłumaczyć, bo rzeczywiście sama miałam przez to pozostawienie Remusa i Petera wyrzuty sumienia. Ale w końcu stwierdziłam, że kierując się kanonem, każdy ma o nich jako takie wyobrażenie, w którym raczej im się nie przelewa i myślę, że równie dobrze mogłyby pojawić się głosy, że ta dwójka nigdy by z nimi nie pojechała. W każdym razie - postaram się im to jakoś zrekompensować!
      Zazwyczaj sporo czasu mi zajmuje, zanim zaznajomię się z jakimś nowym blogiem, ale skoro jest tam tylko prolog, to spodziewaj się mnie w najbliższym czasie ;p
      A w ogóle można mieć coś przeciwko czemuś tak miłemu? ;)

      Usuń
  7. Nawet nie wiem jak Cię przeprosić że nie skomentowałam od razu, ale nie chciałam pisac tutaj dwójka czy trzech zdań na tym zakończyć.
    Co do rozdziału: Ty masz pojęcie w jakie kompleksy spędzała mnie tymi swoimi cudnymi opisami? Normalnie chyba pójdę sie powiesić na pasku od Windowsa ;)
    Te Wiedzmy, faktycznie coś takiego było w "Czarze..." ale jakoś nie zwróciłam uwagi. Moj błąd, bo pomysł jest świetny. No i akurat Blanka. Choć przyznam, że to o niej od sau pomyślałam. Ten jej charakterek robi jednak swoje.
    No i to o przemianach; jak dobrze znaleźć jakieś ff gdzie huncwotow nie poszło to z górki, bo przecież oni tacy, inteligentni, zdolni etc. Bardzo mi sie podobały te całe skutki uboczne bo szczerze nigdy aż tak nad tym nie myślałam. A ty tu dodatkowo wkomponowałaś Tatianę, czym mnie zaskoczyłaś bo myślałam że jako pomoc posłuży im raczej Blanka. (Btw, Ty coś planujesz z Blanką i Syriuszem? Czy może raczej z Tatianą? Bo robisz mi metlik ;))
    Hm, faktycznie było wiecej Lily, ale tak jak lubie wszystkich Twoich autorskich bohaterów (nie wiem czy ci to mówiłam, a jesli nie to mówię teraz: kocham ich wszystkich, zwłaszcza Blankę), tak Evans u Ciebie nie trawię, a normalnie ją ubóstwiam. Nawet nie bardzo teraz chcę swatać ją z Jamesem, a normalnie nie da sie mnie od tego odwieść. Tu zdecydowanie wole James'a i Lydię.
    No i tak jak powiedziała Skyler faktycznie mało tu samej złotej czwórki. Jasne to byłoby głupie gdyby ograniczali sie tylko do swojego towarzystwa, ale to oni byli najlepszymi przyjaciółmi w głównej mierze, nie?
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komu jak komu, ale mi naprawdę nie musisz się tłumaczyć ze spóźnień! Raczej nie jestem typem, który wiecznie siedzi w blogsferze i zdarza mi się znikać na całe tygodnie albo i miesiące, więc sama mam wiecznie u innych zaległości, nie mówiąc już o koszmarnie wolnym tempie publikowania własnych rozdziałów.
      Pasek od windowsa? Prawdziwa desperacja x) Ale nie no, wstrzymaj się, życie jest piękne i w ogóle.
      Oj, co Wy się tak uparłyście na swatanie biednego Syriusza z nimi? Uważacie go chyba za tak pierwotnego, że nie może mieć po prostu przyjaciółek? :D Cieszę się, że podobają Ci się moje postacie, Evans niedługo wezmę w obroty (w końcu kiedyś musi się z Potterem spyknąć), więc mam nadzieję, że wtedy Twoje zdanie o niej się choć odrobinę poprawi. Bo przykro tak nie trawić kogoś! :p Ale Lidia jest spoko, co nie? Taka swoja babka.
      Może ubogość tego opowiadania w Huncwotów samych w sobie wynika z tego, że do tej pory starałam się skupiać na wątkach autorskich, ale macie rację, oni samoistnie zawsze wychodzili na pierwszy plan, więc trzeba im oddać pole do popisu, coś wykombinuję, a przynajmniej się postaram. Poszperam po starych materiałach, tam może też się coś trafi.
      Dzięki i również pozdrawiam :)

      Usuń
  8. Wybacz błędy, ale piszę na telefonie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nominowałam cię do Liebstera.
    Szczegóły na: http://rant-czarodzieja.blogspot.com/p/autorka.html
    P.S. Będę bardzo, ale to bardzo niepocieszona, jak nie odpowiesz na moje pytania :(

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny rozdział, świetne opowiadanie. Mogę tylko napisać: czekam na kolejne rozdziały.
    Pozdrawiam,
    Phil

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję bardzo ;) Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła wrzucić siedemnastkę!

      Usuń
  11. Oooo nie, ale mam zaległości! Czuję się sobą zażenowana. Przepraszam! Nadrobię w ferie, obiecuję!

    Powiedzmy, że trochę wróciłam. Cóż to za sprawa? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale niezręcznie mi tu tak teraz wyskakiwać z takimi głupotami, jak Ty ledwo co odżyłaś... :D No chyba, że jesteś bardzo niecierpliwa, to zajrzyj do wcześniejszego posta na sam dół... wybacz, wiem, że to żenujące! x]

      Usuń
  12. Zastanawiałam się gdzie skomentować, ale w końcu zdecydowałam, że pod rozdziałem, a nie banialukami :)
    Ale od początku. Na tego bloga trafiłam, ponieważ śledzę oceny na szlafrok-śmierciożercy.
    Gdy tylko przeczytałam "Spotkamy się znów" po prostu musiałam zobaczyć o co chodzi i przeczytałam całą ocenę(a zazwyczaj czytam tylko te o najmniejszej ilości punktów, bo są przezabawne :D ) . Wracając to tematu - postanowiłam przeczytać tego bloga, przynajmniej zacząć czytać i zobaczyć czy warto tu zostać.
    I okazało się, że warto! Świetny blog. W ocenie przeczytałam, że początki był straszne, ale ja tam nie zauważyłam niczego strasznego. Może dlatego, że przeczytałam najpierw ocenę i ogarnęłam postacie, które były jakoś tak chaotycznie opisane, że nawet mi się chwilowo myliły-imiona z nazwiskami i kolorami włosów. A pro po imion! Jak ja kocham imię :"Blanka"...nie, nigdy wcześniej nie zwracałam na to imię uwagi, ale teraz się mi spodobało. Ogólnie sama postać Blanki jest świetna,a Tatianę wprost uwielbiam!
    I Syriusza *○* ,
    James jest tu taki inny, tzn.zawsze odbierałam go trochę jak dupka, a tu jest nawet fajny.
    Remus jest taki miły i sympatyczny, że też go polubiłam-ten moment gdy poczęstował czekoladą tą dziewczynkę był słodki.
    A Peter...Peter też wydaję sie być OK jak na swoją petterowatość. I ...aż dziwne...tu też go lubią.
    Czas na Lily- jest hmm ciekawie pokazana. Podoba mi się wątek z Severusem(dużo rzeczy się mi tu podoba, ale to szczególnie). Taka sprawa jest, że ja nie czytałam nigdy ff o Huncwotach, nie ciągnęło mnie do tego, więc nie napiszę,że ten jest najlepszy(choć tak uważam ;D ) ani, że w innych ff było inaczej. Nie mam porównania, ale wierzę, że tu jest wszystko przedstawione w wyjątkowy sposób- i Lily również. Nie jest taka święta i super jak się mi wydawało i myślę, że to dobrze.
    Muszę przyznać, że dopiero po tym jak się wkręciłam w to wszystko, zauważyłam, że rozdziały były dodawane w dużych (hohoho..dużych!) odstępach czasu. Ale byłam już taka wciągnięta w to wszystko, że mało mnie to obchodziło. I przez to też nie komentowałam każdego rozdziału i tu piszę wszystko =)
    W ocenie Lysia pisała o tym jak czuje się wakacje i wgl. taką świetną atmosferę podczas czytania rozdziałów o wakacjach...czy coś takiego (?). Chyba tak tam było napisane. I rzeczywiście te rozdziały były takie urocze i sympatyczne. Poczułam się lepiej czytając o tym wszystkim.
    Moment w którym Syriusz udawał nauczyciela był cudowny! Matko, ale się uśmiałam wtedy... I było jeszcze parę takich momentów, ale nie potrafię sobie przypomnieć, które to.
    Ogólnie oni wszyscy wydają się być tacy prawdziwi i kochani. Chciałabym takie towarzystwo. Nowe postacie też są genialne(zaczyna mi brakowac przymiotników, zeby się nie powtarzały).
    Szablon jest OK. Mi się podoba, ale nie jestem zbyt wymagająca.
    Co by tu jeszcze napisać... Gratuluję Mokrego Podkoszulka Hermiony ! :D
    Pewnie przypomni mi się coś po tym jak już dodam komentarz i pod następnym rozdziałem znów się tak rozpiszę.
    Mam nadzieję, że pojawi się tu coś za niedługo i życzę weny C:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa :)
      Do najlepszych ff na pewno sporo mi brakuje, ale staram się, by wydarzenia nie były zbyt szablonowe, co pewnie jest nieuniknione przy takiej ilości tego typu opowiadań, które na dodatek mają określony koniec i wszyscy muszą iść w danym kierunku. Ciągle kombinuję, jak tu wprowadzać swoje własne wizje (które nie zawsze się podobają - jak np. sprawa wiedźm, ale mam nadzieję, że jakoś uda mi się przekonać do nich sceptyków :] ), żeby się choć trochę wyodrębniać. Ale tak naprawdę najbardziej skupiam się na postaciach, dlatego bardzobardzobardzo się cieszę, że dziewczyny przypadły Ci do gustu! A Black, to Black, on się zawsze sam obroni, choćby nie wiem, jak nieudolny był autor opowiadania, on zawsze wychodzi świetnie.
      Częstotliwość dodawania nowych rozdziałów to moja bolączka. Mimo że zaczęłam publikować, mając spory zapas, bardzo szybko znalazłam się w czarnej de, bo naprawdę nieczęsto mam chwilę, żeby spokojnie usiąść i coś napisać... ale będę robić, co w mojej mocy, żeby się poprawić.

      Szlafrok jest niesamowity, Mokry Podkoszulek, to spory zaszczyt, dzięki! :D

      Usuń

Dziękując za uwagę i poświęcony czas, nieśmiało pragnę dodać, że będę bardzo wdzięczna za każdą szczerą opinię czy choćby znak zainteresowania pozostawiony na blogu ;)
Layout by Yassmine