2 lip 2012

3. Granica przyjaźni


(opublikowano dnia 19.03.2011) 



Leżała nieruchomo w łóżku z kolumienkami, w którym pozasłaniała zasłonki, odcinając się od reszty dormitorium. Wpatrywała się w sufit i wsłuchiwała się w stukot obcasów dochodzący ze schodów. Drzwi skrzypnęły przenikliwie i otworzyły się, wpuszczając strumień światła z Pokoju Wspólnego.
- Ciszej!- syknęła Amelia, najwyraźniej do osoby, która otworzyła drzwi – Jeszcze ją obudzisz.
Lily jeszcze bardziej wytężyła słuch, orientując się, że „ją” oznacza właśnie nią.
- Daj spokój. Śpi – odpowiedziała Blanka.
Drzwi zamknęły się, a któraś z dziewczyn zapaliła świecę. Rozmawiały ze sobą szeptem.
- Skąd wiesz?
- Bo gdyby nie spała, to już stałaby przed nami gotowa do przeprowadzenie przesłuchania, tak jak za każdym razem, kiedy wracałyśmy po rozpoczęciu ciszy nocnej.
Lily poczuła, że się czerwieni. Tylko nie wiedziała dlaczego: ze złości czy ze wstydu? Zaciągnęła dużo powietrza, bojąc się, że normalnie oddychając robi hałas i dziewczyny zorientują się, że jednak nie śpi.
- Nie mów tak – szepnęła Amelia. – Powiem ci, że dzisiaj mi jej było nawet szkoda.
- Szczerze mówiąc, cóż, mi trochę też. 
- Było ci szkoda Lily? – Amelia nie dowierzała. – Tobie?
- Może tylko dlatego taka jest, bo musi się wyżyć, jak ją napnie któryś z Huncwotów? A oni jej cały czas na nerwach grają.
- I dlatego musi cię wyzywać? Od… wiesz – Amelia  nie dawała za wygraną. Czuła podstęp, bo Blanka współczująca to takie samo zjawisko jak ogolony Hagrid.
- Dobrze się dzisiaj zachowała – zawyrokowała. – Przynajmniej dzięki niej miałam pierwszy raz w życiu zobaczyć, że James się czymś przejmuje.
- Faktycznie się przejął.
- I dobrze, bo już od dawna przesadzali z Syriuszem.
W pokoju zapadła chwilowa cisza. Lily przez zasłonki swojego łóżka ledwo dostrzegła zacienione postacie dziewczyn. Obie siedziały w milczeniu na łóżku Blanki. Jedna z nich piła wodę ze szklanki zawsze stojącej na każdym ze stolików nocnych.
- Ale bal był świetny, co? – zagadnęła Blanka. - Nigdy się tak dobrze nie bawiłam… Wiesz jak Larry dobrze tańczy? A o Syriuszu to już nie wspominam. Zawsze myślałam, że on tyko potrafi stać pod ścianą i pokazywać wszystkim, jaki jest boski... Myślałam, że nogi sobie przy nim połamię, tak wywijał…
Amelia zaśmiała się cicho.
- A ty tak w ogóle, to wiesz, że masz na szyi jego krawat?
- Teraz już wiem! – odpowiedziała Blanka wyraźnie zszokowana tym odkryciem.
Zdjęła go z głowy i przyjrzała się mu.
- Coś mi się wydaje, że za krawat Blacka to bym sobie mogła pół Pokątnej wynająć – stwierdziła, zauważywszy, że trzyma w dłoniach firmowy materiał najwyższej jakości.
Amelia wyjęła jej go z rąk, przytknęła do nosa i powąchała.
- A za perfumy drugie pół – zachichotała.
Znów zrobiły krótką przerwę w rozmowie.  
Lily wytężyła słuch, kiedy w jednej chwili całe jej starania o zachowanie absolutnej ciszy zniszczyłaby w jednej sekundzie; nieomal krzyknęła przestraszona, gdy na jej kołdrze coś się poruszyło. Tłumiąc w sobie strach zerknęła w tamtym kierunku. To tylko kot. Odetchnęła cicho z ulgą.
Po dormitorium rozniosło się głuche uderzenie.
- Coś upadło, słyszałaś? – zauważyła Amelia – I... – pociągnęła parę razy nosem – uchh…  co to za smród? 
- Zdjęłam buty! – parsknęła śmiechem Blanka.
- No teraz to się obudziła na pewno, a mnie uciszałaś! – syknęła Amelia, tłumiąc śmiech.  – Pst! Lily, śpisz?
Evansówna mlasnęła dwa razy i przekręciła się na bok, udając osobę wyrwaną ze snu, ale tak zmęczoną, że nawet nie podejmuje próby przebudzenia się i śpi dalej.
 - Śpi jak suseł. Widzisz? To jest to o czym mówiłam: teraz wyłazi z niej zmęczenie po tych wszystkich SUMach, idzie spać i nawet nie pomyśli, że inni też są zmęczeni, ale wolą  dobrze się razem bawić.
Po policzku Lily spłynęła łza. Co one mogą wiedzieć? – pomyślała z trudem przełykając ślinę przez ściśnięte gardło. Ostry i zdecydowany ton Amelii wymierzony przeciw Evansównie ranił jeszcze bardziej. Tej samej Amelii, która zawsze używała dyplomatycznych słów i dla każdego zawsze była pomocna.
- Wiesz co? – powiedziała po chwili Blanka poważnym tonem. – Nie wiem, co ty na tym balu piłaś, ale na pewno jesteś pijana. Idź już spać, może rano znowu zaczniesz gadać bardziej jak ty.

***

Nastawał ranek. Promienie słońca wkradały się do dormitoriów i oświetlały śpiące twarze uczniów, zmuszając do pobudki. Ale to nie było nieprzyjemne. Każdy budził się z uśmiechem na ustach, zdając sobie sprawę, że zaczynają się wakacje i choć wiedzieli, że w trakcie dwóch najbliższych miesięcy będą tęsknili za Hogwartem, radość ze spotkania z rodziną i powrót do domu, napawał optymizmem. Jedyny problem z zaczynającymi się wakacjami mieli uczniowie siódmego roku, którzy kończyli już szkołę i nie mieli przed sobą perspektywy powrotu do tak lubianego miejsca. Miejsca, w którym, tak na dobrą sprawę, spędzili połowę swojego życia.
Hogwart znał wszystkie ich tajemnice, widział łzy, śmiech, ich pierwsze miłości, wzloty i upadki. Nawet najmniej wrażliwi uczniowie czuli z tym zamkiem jakąś dziwną więź. Więź, która sprawiała, że nie chcieli rozstawać się z tym miejscem już na zawsze.
Schodzili smętnie w kilkuosobowych grupkach pogrzebowym marszem do Wielkiej Sali, która stopniowo zapełniała się coraz bardziej, by w końcu rozpoczęła się tam uczta pożegnalna zwieńczona mową dyrektora.

Lily w spokoju kończyła śniadanie, kiedy naprzeciwko niej, a obok Jamesa, usiadła jakaś Puchonka. Gryfonka zarejestrowała, że ma ładne ciemnoblond włosy, zgrabną sylwetkę i miły wyraz twarzy. Dziewczyna przywitała się z resztą Gryfonów krótkim „cześć” i wyciągnęła rękę w kierunku Evansówny.
- My się chyba nie znamy... jestem Lidia.
- Lily – dziewczyna uścisnęła jej dłoń z uprzejmym uśmiechem.
Rudowłosa kątem oka obserwowała, jak Puchonka siedziała objęta przez Jamesa i żartowała w najlepsze z Huncwotami i z Amelią.
Spojrzała na nią z minimalną zazdrością, ale bez nienawiści, kiedy nagle w oczy rzucił jej się wisiorek na smukłej i gładkiej szyi dziewczyny.  To niemożliwe – pomyślała, czując, jak jej krew w żyłach przyspiesza.
- Piękny naszyjnik – przerwała rozmowę. Głos jej zadrżał, kiedy zobaczyła swoje inicjały na biżuterii blondynki. – Wiesz, chciałam sobie kupić dokładnie coś takiego i zastanawiam się, gdzie mogłabym to dostać – skłamała nie bez trudu.
 - Dostałam od Jamesa – Puchonka uśmiechnęła się, delikatnie się rumieniąc.
 Lily spojrzała na niego pytająco.
 - Kupiłem to na Pokątnej. Ale ten wisiorek robiony był na zamówienie – odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy bez mrugnięcia okiem.
 - A mógłbyś dać mi dokładny adres? – zapytała dla zachowania pozoru, choć głos jej się załamywał.
 - Pokątna 77.
 - Dzięki – powiedziała wstając od stołu. Wyszła z Sali, nie czekając nawet na mowę dyrektora. 
 Usta jej drżały.

***

Remus wstał powoli i ruszył ku drzwiom.
- Gdzie idziesz? – padło pytanie.
- Mam teraz dyżur – mruknął do nich, uśmiechając się blado.
Kłamał, ale nie wszyscy o tym wiedzieli. Nie wszyscy wiedzieli, że wychodzi, by odpocząć, bo znów źle się czuje. Ci, którzy wiedzieli, zwiesili nosy na kwintę, a ci, którzy nie - uwierzyli bez problemu, że to obowiązki prefekta wzywają chłopaka i nic nie powiedzieli.
Tatiana z trudem przełknęła ślinę, gdy spojrzał na nią znacząco. Pełnia się zbliżała. Do dzisiaj nie mogła sobie darować własnej głupoty. Dlaczego ona zawsze mówiła, potem myślała?! Przecież była Krukonką!
Trzy lata temu, kiedy razem z Huncwotami i Blanką rozmawiali na jakiś błahy temat, nagle połączyła wszystkie fakty. W jednym momencie zrozumiała, dlaczego Remus tak często choruje. Dlaczego tak często opuszcza lekcje. Dotarło to do niej nagle, jak niespodziewane uderzenie tłuczkiem. I siła tej wiedzy też była jak uderzenie wycelowane przez pałkarza. To był ogrom. Dla niej autentycznie fizyczny ból. Ale zamiast przemilczeć całą sprawę, zamiast ewentualnie porozmawiać dyskretnie, ona krzyknęła na cały głos, przerywając wcześniejsze żarty przyjaciół:
- O Merlinie, ty jesteś wilkołakiem!
Nigdy nie była mistrzynią dyskrecji. W pierwszej chwili była pewna, że Remus się na nią rzuci, że ją zabije. Zresztą, nie musiał zbliżać się nawet o cal, żeby ją uśmiercić, bo już samo jego spojrzenie pozbawiało życia. Przyjaciele zamilkli, przytłoczeni tą nagłą prawdą, która niekontrolowanie wypłynęła z ust szatynki. Skurczyła się w sobie, oczekując ataku. Ale chłopak nic nie zrobił. Odwrócił się i bez słowa ich zostawił, zupełnie oniemiałych.
Tatiana pomyślała wtedy, że jego zachowanie byłoby mniej bolesne, gdyby ją wtedy uderzył.
Remus wyszedł odprowadzony smutnym wzrokiem Tatiany, a w przedziale znów zapanował rozgardiasz i hałas. I tylko jedna osoba – Amelia – spokojnie siedziała przy oknie zapatrzona w tylko sobie znany punkt, myślami była gdzieś daleko stąd, podczas gdy jej przyjaciele wspominali bal, zajadali się słodyczami i śmiali się w głos.
Harmider, który zawsze panował w Expresie Hogwart, i ją przytłaczał, nie tylko Remusa. Ale ona nie znała tajemnicy chłopaka. Nawet nie zauważyła, że  ich opuścił. Zaabsorbowana swoimi rozmyślaniami obserwowała krajobrazy za oknem.
Zerknęła ukradkiem na Larry’ego i znów uchwyciła jego spojrzenie. Odwróciła speszona wzrok. Cała ta sytuacja strasznie ją męczyła i krępowała od dłuższego czasu. Jego zachowanie wszystko utrudniało. Z jednej strony wiedziała, że chłopak czuje do niej coś więcej niż przyjaźń, z drugiej strony, nie potrafiła zrozumieć jego postępowania. Ona dobrze wiedziała, co oznaczają jego spojrzenia. On nie wiedział, że ona wie.
Wstała z miejsca, mówiąc, że idzie się przejść i jednocześnie spojrzała znacząco na Blankę, dając jej do zrozumienia, żeby poszła z nią. Musiała się komuś zwierzyć.

***

W Hogwarcie znów po dziesięciu miesiącach zapanował błogi spokój. Nikt za niczym nie gonił, nikt się nie kłócił, nikt się nie śmiał. Ucichły wszystkie uczniowskie rozmowy i codzienna wrzawa. O średniowieczne mury odbijały się echem najcichsze dźwięki, jeszcze godzinę temu zupełnie zagłuszane przez tupot tysiąca stóp. Teraz usłyszeć można było mamrotanie rozzłoszczonego woźnego czy też odgłos zamykanego zamka, w którym klucz na dwa miesiące przekręciła bibliotekarka, wybierając się na urlop.
Z drzew w Zakazanym Lesie nagle zerwały się ptaki. Spłoszone odleciały w błyskawicznym tempie w różnych kierunkach. Albus Dumbledore tylko przez chwilę zastanawiał się nad tym, co mogło je wystraszyć, bo już po kilku sekundach nad drzewa wzleciał młody testral.
Dyrektor zmarszczył czoło. Testrale nie polują. Może ten malec chciał się tylko bawić?
Nie, na pewno nie.
Srebrzystobrody starzec westchnął cicho. Stał w milczeniu w oknie, obserwując błonia już od dłuższego czasu. Zastanawiał się nad wszystkim dotyczącym rozmowy, która go czekała.
Najnowsze doniesienia nie napawały optymizmem. Był pewien, że czas podejmować ostateczne kroki. To był moment dla osób zdecydowanych czego chcą i po czyjej są stronie. To był czas, w którym odważni i silni muszą wkroczyć do walki. Zacząć bronić przyjaciół i swojej przyszłości. Nie można teraz być biernym. Trzeba było zacząć działać.
Nadchodziły ciężkie chwile. Niesprawiedliwe. Zabierające młodym ludziom piękne momenty, w zamian z możliwość wpisania do kart historii. Ile kosztuje taka nieśmiertelność? Ile warte jest zostanie bohaterem, o którym będzie się nauczać przyszłe pokolenia? Warte jest poświęcenia swego życia?
Albus Dumbledore nie miał wątpliwości co do tego, że ci młodzi ludzie, o których będzie chciał porozmawiać, nie raz jeszcze będą wspominani po tym, jak się to wszystko skończy. Oni się zasłużą. Wszystko na niebie i ziemi zdawało się krzyczeć, że są przeznaczeni do wyższych celów. Ale czy do lepszych? Może nie powinien wciągać ich w niebezpieczny wir walki? To będzie jego wina, jeżeli poniosą klęskę. Kiedy nie zdążą nacieszyć się życiem. I jego zasługa, jeśli będzie się o nich mówiło jako o bohaterach narodu i świata czarodziejów.
Odwrócił się do młodej nauczycielki, która cierpliwie czekała, aż zabierze głos.
- Obserwowałem egzaminy z obrony przed czarną magią, Minerwo. Bardzo uważnie. Mamy bardzo zdolnych uczniów. Mam nadzieję, że przyłączą się do naszego planu.
- Nie rozumiem. Przecież wybrani przez dyrektora uczniowie na poziomie owutemów już dawno są z panem dyrektorem w stałym kontakcie…
- Mówię o SUMach.
Kobieta zamilkła. Patrzyła na niego niemal z przerażeniem.
- Oni są za młodzi! – wydusiła w końcu z siebie z trudem. – Ale w ogóle… kto? Przecież nawet nie są pełnoletni!
- Za wyjątkiem pana Lupina, z którym już kilka razy rozmawiałem na ten temat. Za niecałe pół roku także pan Black kończy siedemnaście lat.
- To przecież jeszcze dzieciak…
- Mylisz się, Minerwo – przerwał dyrektor – to zdecydowany młody mężczyzna. Bardzo utalentowany i silny. Może jego życie osobiste i żarty czy sposób bycia – powiedział, odczytując sceptyczne spojrzenie nauczycielki – nie wskazują na zbytnia dojrzałość, ale jestem całkowicie pewien, że wykaże się nią w większym stopniu niż niejeden starszy od niego czarodziej. To samo mogę powiedzieć o jego przyjaciołach.
- Kto jeszcze? – zapytała słabym głosem nauczycielka.
Wyglądała, jakby zapadła się bez sił w fotelu przy biurku dyrektora. Zdawała się także być nieco bledsza niż chwilę temu, zanim zaczęła się rozmowa.
- Myślę, że większość z nich jest bardzo wartościowa i cenna dla nas. Chętnie porozmawiam z każdym z nich, gdy tylko będą pełnoletni i będą mogli decydować sami za siebie. Chociaż zastanawiam się także, czy z niektórymi nie warto by było zacząć już wcześniej. Dla przykładu, panna…
- Nie – Minerwa McGonagall zanim dyrektor zdążył wymówić nazwisko  uczennicy, przerwała mu pierwszy raz, odkąd go poznała. Wyprostowała się dumnie, a jej głos teraz był już zdecydowany. – Oni są zbyt młodzi. Proszę dać im chociaż czas do siedemnastych urodzin. Teraz za nich odpowiadają ich rodzice i ja. A ja się na to nie zgadzam. – Zawahała się przez chwilę, po czym dodała: – Proszę – spojrzała na niego z nadzieją..
Rozległo się pukanie do drzwi jego gabinetu.
- Dziękuję ci za rozmowę – powiedział. – Muszę się spotkać jeszcze z opiekunami innych domów.

***

Amelia westchnęła i spojrzała smutnym, szklistym wzrokiem na przyjaciółkę.      
- Przecież było dobrze, kiedy on nic... - Oparła głowę o zimną szybę w oknie pustego korytarza. – Przyjaźń między dziewczyną a chłopakiem nie istnieje – powiedziała zdławionym głosem.
Zapadła męcząca cisza przerywana jedynie odgłosami wydawanymi przez lokomotywę.
To był jeden z tych momentów, gdy Blanka nie wiedziała jak się zachować. Po policzku Amelii spłynęła łza. Była pewna, że gdyby role się odwróciły, dziewczyna o orzechowych oczach przytuliłaby ją i pocieszyła. A co ona ma zrobić? 
Czuła się dziwnie skrępowana – jak za każdym razem, gdy chciała okazać uczucia. Nie lubiła w sobie tej oschłości w stosunku do innych, ale nie potrafiła jej zwalczyć.
Ufała Amelii i kochała ją jak siostrę, jednak nie potrafiłaby się przy niej rozpłakać, tak samo jak teraz nie potrafi jej teraz objąć. Blanka miała problem z okazywaniem emocji, a może nie tyle emocji, co słabości... Stojąc teraz przed przyjaciółką jak słup soli, widziała na jej pięknej twarzy łzy i chciała zrobić coś, aby zniknęły, ale czuła się zupełnie bezradna. Właśnie zdała sobie sprawę, że chyba nigdy nie zwierzyła się jej ani nikomu innemu. Fakt faktem, że rzadko kiedy miała się z czego zwierzać – wszystkie strzały Amora omijały ją szerokim łukiem, a jeśli ją już jakaś trafiła, to Blanka wyjątkowo szybko i brutalnie ją sobie wyrywała. Sama. Zupełnie jak bohaterowie mugolskich westernów.
- Istnieje – powiedziała cicho, klepiąc sztywno Amelię po plecach.

***

Lidia pocałowała Jamesa w policzek.
- Pa! – pożegnała się z resztą i ruszyła w kierunku wyjścia z peronu 9 i 3/4, gdzie czekała jej starsza siostra.
- Tylko w policzek? – zakpił Syriusz.
- Skrępowała ją wasza obecność – stwierdził Potter, odprowadzając Lidię wzrokiem.
- James – zaczął oficjalnie Black. Poczekał, aż okularnik przeniesie wzrok z blondynki na niego i dokończył: – jesteś idiotą – stwierdził twardo, za co przyjaciele spojrzeli na niego, nie ukrywając zdziwienia. – Daj spokój tej dziewczynie.
- O co ci chodzi?! – James stracił dobry humor i najeżył się jak dziecko.
- O to, że to fajna dziewczyna, a ty ją wykorzystujesz, żeby grać na nerwach Evans!
James ledwo zdążył otworzyć usta, chcąc się bronić, ale, zanim wydobył się z nich jakikolwiek dźwięk, Syriusz znów zabrał głos.
- Skoro tak nie jest, to po cholerę dałeś jej ten wisiorek!
- A co ma do tego wisiorek? – zapytała Tatiana, drapiąc się po nosie.
- To, że to był wisiorek tej rudej choleryczki! – warknął Black.
- Ukradłeś go?! – Amelia wytrzeszczyła oczy.
- Nie! Nie ukradłem! Oszalałaś? Sama go wyrzuciła.
- Nie rozumiem. Dałeś Lidii jakiegoś śmiecia? – Domagarow nie odpuszczała.
James westchnął ciężko, nie wiedząc jak to wytłumaczyć.
- To nie tak. Dałem jej kiedyś ten naszyjnik i ostatnio znalazłem go w salonie. Samo tak wyszło... Nie planowałem tego. Rozmawiałem z nią… i… i włożyłem rękę do kieszeni, to tam było… inicjały pasują... – zdał sobie sprawę, że jego tłumaczenia brzmią idiotycznie, ale nie potrafił inaczej dobrać słów. Spojrzał na Syriusza, ten tylko cicho warknął.
- Ile razy ci mówiłem, że jak się rozmawia z dziewczyną, to nie trzyma się łap w kieszeniach? – mruknął ze znudzeniem, chcąc już zmienić temat. Miłosne perypetie Jamesa zaczynały go przerastać.
- I tak oto James Potter zaoszczędził kieszonkowe – zauważyła złośliwie Blanka, wtrącając się do rozmowy. – Jednym naszyjnikiem zadowolił dwie dziewczyny.
- Powiedziałem już, że samo tak wyszło! – zaperzył się zanim ktokolwiek zdążył zareagować na kąśliwą uwagę Hewson. Natarczywe spojrzenie Syriusza budziło w nim chęć wytłumaczenia się, być może przed samym sobą, dlatego powiedział jeszcze: – Ja naprawdę lubię Lid…
- Ty ją lubisz, a ona by dla ciebie... – przerwał mu Black, szukając odpowiednich słów. -  No nie wiem... tylnowybuchową sklątkę w tyłek by pocałowała.
- No i co? Ja dla ciebie też bym to zrobił – James zrobił minę, jakby mówił o najbardziej oczywistej rzeczy na świecie.
Wszyscy się zaśmiali, nawet zdenerwowany do tej pory Syriusz.
- Ja naprawdę do NICZEGO nie wykorzystuję Lidii – zapewnił okularnik, zastanawiając się, czy to prawda czy nie – sam już nie znał odpowiedzi.
Syriusz uniósł jedną brew. Znał Jamesa bardzo długo i wiedział, że przyjaciel nie do końca mówi szczerze. A przynajmniej się waha.
- Przecież jeszcze parę dni temu byłeś taki zakochany w Rudej i co? Tak nagle ci przeszło? – nie dawał za wygraną.
- Powiedzmy, że zrozumiałem, że to nie ta liga - powiedział sucho.
I naprawdę lubił Lidię.



1 komentarz:

Dziękując za uwagę i poświęcony czas, nieśmiało pragnę dodać, że będę bardzo wdzięczna za każdą szczerą opinię czy choćby znak zainteresowania pozostawiony na blogu ;)
Layout by Yassmine